dziadek

 

Nawigacja ↓

Przerowadzka
Morus
Zdarzenia
Duchy
Bolące stopy
Kult jednostki
Lata sześdziesiąte
Śląsk
Łut szczęścia
Wojsko
Moja Zdzisia
Upadek komuny
Budowa kościoła
Staw
Świat mi się zawalił
Dzieci
Wnukowie
Babcia
Opowieści mamy
Rozstajne drogi
Olesin i Gaj
Wesołe życie
Na grzyby
Działka
Wueska
Powojenny
Migracja
Punto
Po latach w Zaryniu

Opowieści dziadka

Pamięć  - jest niedoskonała, zmienia się z etapami życia.
Szczegóły, fakty i zdarzenia bardziej dokładnie zacząłem zapamiętywać w wieku pięciu lat, wcześniejsze to tylko przebłyski - wydaje się, ale nie jestem pewny czy to naprawdę się wydarzyło... Te przebłyski pamięci, korygowałem ze swoimi rodzicami, oni byli w stanie powiedzieć mi czy takie zdarzenie mogło mieć miejsce czy nie.
Moje pierwsze zapamiętane obrazy z życia są bardzo mgliste. Pamiętam drogę, figurkę Matki Boskiej na rozstajach. Tą drogą ojciec nosił mnie na swoich barkach do Piekarskich na Gaj, gdzie często odbywały się spotkania rodzinne, gdzie było pełno gości duży stół i kompot z wiśni oraz wspaniała atmosfera, gdzie przychodziła babcia Maria z Synogaci i tu czułem się jak w bajce.
Również pozostał mi w pamięci wyraźny obraz dziadka. Zapamiętałem jak dziadek siedzi na krześle, obok krzesła jest laska a na głowie ma czapkę "Maciejówkę". Moja główna uwaga była skoncentrowana na tej czapce i lasce a mniej na samej postaci. Pamiętam jak odchodził od nas, była wtedy piękna słoneczna pogoda, wybiegłem za Nim, zniknął za domem, zdążyłem jeszcze ujrzeć cień jego postaci i laski, którą się podpierał. Tyle mojej pamięci o dziadku Józefie, ojcu mojej mamy, miałem wówczas około 3 lat. Mieszkaliśmy wtedy jeszcze na Olesiniu, miejscowości koło Wierzbinka, dziś Olesin i Gaj przyłączyli do Synogaci. Podczas rozmowy o dziadku mama potwierdziła, że parę razy dziadek przyszedł na Olesin i mogłem to zapamiętać. Z Synogaci do Olesina było przeszło 3 km więc dziadek musiał się zmęczyć by odwiedzić córkę, tym bardziej, że był chory, to już było raczej krótko przed śmiercią, zmarł w 1949 roku.

                   Dom rodzinny                            Gospodarstwo sąsiada
Synogać W 1950 roku ojciec dostał gospodarstwo od państwa po Niemcu Wegnerze, które sąsiadowało z gospodarstwem jego brata. Dwaj bracia gospodarzyli obok siebie, jeden na górce drugi na dole. To niżej położone gospodarstwo dostał ojciec od państwa. Po przegranej wojnie niemcy musieli opuścić Polskę. Mój dziadek i Babcia oraz rodzice mieszkali jakiś czas w gospodarstwie na górce, ponieważ Wegner przesiedlił dziadka na swoje gorsze, z tego powodu ja i moja siostra Teresa tu się urodziliśmy, ale wychowaliśmy się i dorośliśmy tuż obok, niżej. Po zabudowaniach jakie ojciec przejął po Niemcach z gospodarstwem obecnie nie ma śladu. Dom i budynki inwentarskie były z gliny, stodoła i inne z drewna, to wszystko się rozpadło ze starości. U sąsiada mury jeszcze stoją do dziś, widać były później murowane.

***
Przeprowadzka  - Pamiętam przeprowadzkę na gospodarstwo, które ojciec dostał od władzy ludowej. Miałem wtedy trochę więcej niż trzy lata, może trzy lata i dwa miesiące, dokładnie nie wiem ale utkwiła mi w pamięci ta przeprowadzka. Jechaliśmy na wozie, załadowanym słomą, jechała ze mną moja siostra Teresa, wierciliśmy się tak, że co chwilę ojciec musiał nas upominać, byśmy nie spadli z wozu. Jak tu było się nie wiercić, skoro wkoło było dużo ciekawych i nowych rzeczy, przez cały czas podróży podziwialiśmy krajobraz, każdy krzak z osobna, każdą górkę a i las był po drodze, więc wierciliśmy się, kręcąc szyjami i nie tylko... i o mało co abyśmy znaleźli się pod kołami wozu.
Nowe miejsce zamieszkania, nowa okolica, nowe zabawy a i też nowe obowiązki. Wkrótce po przeprowadzce nasza rodzina powiększyła się o jednego członka rodziny, mojego brata Tadeusza, młodszego ode mnie o 4 lata. Urodził się w domu przy pomocy wiejskiej akuszerki, "babki". Pamiętam, że było z tego powodu trochę zamieszania. Podczas mającego nastąpić rozwiązania poproszono mnie i siostrę abyśmy pobawili się na podwórku, żebyśmy nie podsłuchiwali. Mogliśmy się czegoś domyślać, choć jeszcze w tym wieku, wtedy, nie bardzo wiedzieliśmy o co chodzi. Po szczęśliwym przyjściu brata na świat, rodzice wytłumaczyli nam, że brata przyniosła ciotka pod fartuchem, była to sąsiadka co na okolice odbierała porody, wszyscy na nią mówili ciotka a tak się złożyło, że mieszkała po sąsiedzku z nami. Na świat przyszła nas szóstka i ona odebrała czwórkę, i bardzo szczęśliwie. Dwoje najmłodszego rodzeństwa urodziło się w porodówce.
W owych czasach bardzo często tłumaczono, że dzieci przynosi bocian i wrzuca do komina, lub daje komuś, kogo spotka na swej drodze. W każdym razie, młodsze dzieci w to wierzyły, starsze nie za bardzo... Pamiętam dyskusję 3-letniego brata Lesława, młodszego ode mnie o siedem lat, z bratem Tadeuszem, któremu usiłował wytłumaczyć, że dzieci przynosi bocian, ale Tadeusz zaczął się z tego podśmiewać, że wszystko to nie prawda i swoje wiadomości zaczął mu przekazywać, w pewnym momencie trzyletni braciszek zdenerwował się i krzyknął: "co myslisz, ze pieso sedłem"... Śmiechu było co nie miara i przy różnych okazjach jeszcze teraz to wspominam, chociaż nie wiem, co Tadeusz mu powiedział.

***
Zabawy - Moje dzieciństwo nie wyróżniało się niczym szczególnym, jeśli by je porównać z życiem innych dzieci na wsi. Dużo przebywałem na dworzu, coś tam robiąc, kombinując, lub bawiąc się z młodszym rodzeństwem w chowanego, w berka, w rodzinę albo siedzieliśmy gdzieś w tajemnym miejscu i fantazjowaliśmy. Urządzaliśmy różne gonitwy, bawiliśmy się wszędzie, w domu, na podwórku. Na podwórku graliśmy w wojnę i pokój a dziewczyny w klasy. Taką popularną zabawą była jazda na rowerach, ale bez rowerów. Służyła do tego sama obręcz popychana drutem lub kijem. Zimą były zabawy na śniegu i lodzie. Ciąganie sanek, ślizganie się na lodzie. Będąc już trochę starszym dzieckiem, grałem z chłopakami w "Kozła", była to gra ruchowa, trochę niebezpieczna, rzucało się kijami i biegało. Trzeba było uważać by kogoś nie uderzyć. Jednak nie pamiętam by doszło kiedy do jakiegoś wypadku. Drugą grą zespołową było granie w dwa ognie, lub w piłkę nożną. Najbardziej emocjonującą, wprost zaciekłą grą zimową, była gra w hokeja, w którą graliśmy bardzo często z chłopakami od sąsiadów na stawie przy naszym domu. Nie mieliśmy łyżew a kije i kulka były własnej roboty, wycięte z zakrzywionych gałęzi drzew. Było przy tym graniu bardzo dużo biegania, uskoków, przewrotów, upadków, potłuczeń i bardzo dużo emocji, rywalizacji i krzyku. Po pierwszych rozgrywkach bolały wszystkie mięśnie, czułem się jak potłuczony, ale na drugi dzień wszystko było dobrze i znowu grałem, po kilku rozgrywkach nie odczuwałem już żadnego bólu.
Po za tym nie samą zabawą żyłem, oprócz szkoły i lekcyjnych zadań domowych musiałem pomagać rodzicom w pracach na gospodarstwie. Rodzice moi bardzo często korzystali z "chętnej pomocy" swoich pociech. Nie był to wyjątek w naszej rodzinie, tak postępowali wszyscy rodzice na wsi mający gospodarstwa rolne.

***
Morus - był to nieduży, kudłaty, czarny kundel, pies z przygodami. Już jako mały piesek, przeżył spalenie na "stosie". Osobiście nie pamiętam tego zdarzenia, bo byłem w takim wieku jak Morus, oczywiście licząc proporcjonalnie do długości lat życia psa. Całą historię znam z opowiadania mojej mamy. By u nas w domu taki zwyczaj, że po upieczeniu chleba, do gorącego jeszcze pieca wkładało się drewno, które wyschło i było gotowe aby podpalić. Nasz piesek wszedł sobie do tego pieca w dniu gdy miał być pieczony chleb, zagrzebał się gdzieś z tyłu tak, że nie było go widać. Drzewo zostało podpalone, ogień objął całe metrowej długości polana i zaczął buzować, po chwili rozległo się wielkie skomlenie, usłyszał to ojciec i szybko wygarnął palące się drewno na mieszkanie. Naszemu Morusowi nic się nie stało, trochę tylko z lekka sierść się osmaliła.

               Taki, mniej więcej, był Morus
morus Był to pies, który posiadał wszystkie cechy, towarzyski i posłuszny. Sprawdzał się jako obrońca obejścia, był bardzo czujny i nie wpuszczał obcych bez ujadania w podwórze, potrafił też ugryźć. Nie sprawiał wrażenia, że jest groźny, bo był nie duży, taki średniego wzrostu kundel, ale był bardzo kudłaty, te kudły wiele razy ratowały mu życie. Uwielbiał gryźć się z innym psami, o wiele większymi od siebie i niejednokrotnie je zwyciężał. A jak nie mógł dać rady jakiemuś psu i zaczynało grozić mu niebezpieczeństwo, to tak manewrował, aby ustawić się tyłem do przeciwnika, tam miał takie kudły, że kły nie mogły się przez nie przebić. Sprawdzał się również jako pies pasterski, bardzo dobrze nawracał krowy ze szkody. Był najważniejszym moim pomocnikiem przy paseniu krów. Więc przez kilka lat Morus był moim pomocnikiem i towarzyszem zabaw na pastwisku. Byłem dla niego dobry, dzieliłem się z nim swoim chlebem. On odpłacał się wiernością, wykonywaniem poleceń, i razem urozmaicaliśmy sobie czas psimi harcami. Bardzo kochałem swojego psa, jak również i cała rodzina.
Jestem najstarszy w rodzinie, więc "przyjemność" pasania krów trwała od 5 do 10 roku życia, a nawet i dłużej, z tym że czasami wyręczało mnie młodsze rodzeństwo, bo przecież chodziłem do szkoły i nieraz wykonywałem jakieś inne roboty. Wszyscy po kolei te krowy paśli. Tylko brat Janusz, 14 lat młodszy ode mnie, zbuntował się i nie pasał krów. Przy pomocy mamy przekonał ojca i krówki poszły na łańcuch.
Morus miał też i brzydkie nawyki, tak sądziłem ja i reszta domowników, ale nie on... Wynikały z tego śmieszne sytuacje. Morus miał specyficzne podejście do zdobyczy w postaci jedzenia. Pomimo, że regularnie dostawał jedzenie przeznaczone dla psa i zjadał z apetytem, to zachowywał się jakby nigdy nie żarł. Pamiętam, ojciec przyjechał z miasta, przywiózł bułki, wziąłem bułkę do ręki, trzymając za plecami szedłem sobie spacerkiem przez podwórze, w pewnym momencie poczułem, że ktoś mi ją wyrwał, obejrzałem się i widzę, Morus z bułką w pysku ucieka co sił w nogach w zboże sąsiada, nie pomogły nawoływania, żeby oddał, przyszedł jak zżarł bułkę.
Drugi taki przypadek wcale nie śmieszny, śmialiśmy się dopiero później, po fakcie. - W owym czasie na wsiach nie było lodówek, mięso było peklowane, solone w beczkach, a szynki często obsuszane, wisiały przy kominie i od czasu do czasu odkrawano z niej plastry do jedzenia. U nas też taka wisiała, częściowo już trochę okrojona, jakimś cudem udało się kotu zrzucić ją z tego komina, a akurat w domu był pies, doskoczył, złapał i przez otwarte drzwi wybiegł na dwór, wszyscy go gonili, krzyczeli, żeby oddał, on nic sobie z tego nie robił, pognał w pszenicę sąsiada i przyszedł do domu za pół dnia. Wszystkim nerwy przeszły i było dużo śmiechu. Nie oddał zdobyczy za żadne skarby, chyba, że został osaczony i nie miał wyjścia.
Miał też słabość do jajek, kury znosiły jajka w stodole, w różnych miejscach, trzeba było je szukać, Morusek był często szybszy, jednego razu trafił na gniazdo, w którym było pewno więcej niż piętnaście, i wszystkie opędzlował, zostały tylko skorupy. Jak mama te skorupy zobaczyła to się bardzo, ale to bardzo zdenerwowała, zaczęła lać Morusa i podkładać mu jajko do zżarcia i znowu lać, a ja i rodzeństwo płakaliśmy prosząc by przestała, jednak trwało to pewną chwilę... Od tego czasu kury mogły znosić jajka u niego w budzie, nie ruszył, nigdy już nie zżarł żadnego jajka, chyba że specjalnie dostał ale bez skorupy.
Mama bardzo się zdenerwowała na psa, bo za jajka kupowała żywność i inne produkty. Wiosną to było często jedyne źródło dochodu w tamtych czasach na gospodarstwie rolnym.
Wiernie służyło nam psisko do końca swoich dni. A przeżył u nas bardzo wiele lat i w końcu był już staruszkiem, niedowidział, niedosłyszał, może i z węchem już coś miał nie w porządku. Trzeba było na niego uważać, bo zaskoczony niespodziewanym najściem, mógł nie poznać i ugryźć nawet swojego pana. Parę takich pomyłek przydarzyło się mu. Ugryzł mamę i tatę jak wracali do domu z wyborów do sejmu. Pomylił się biedak. W zasadzie to już wtedy nie miał czym gryźć, zęby miał zniszczone, pościerane z powodu kilkuletniej swojej pracy na pastwisku przy krowach. Pościerał sobie o krowie kopyta, gryząc je podczas zaganiania, a zdarzało się, że często, gęsto dostał kopniaka od krowy, a że był uparty i nie odpuścił, więc na starość były tego skutki.
Był stary i już słaby, ale nadal na psy był cięty i żadnemu nie przepuścił, nie bacząc jakie mogą wyniknąć z tego skutki. Często w nocy wychodził gdzieś do innych psów gryźć się, może latał do suk, i tam dochodziło do walk. Raz po takim wypadzie przyczołgał się do domu ledwo żywy, pogryziony, strasznie zmaltretowany, nie mógł nic żreć, nawet kaszanki nie ruszył, ale się z tego wylizał, dzięki naszej pomocy. Niestety! - Jego następne walki zakończyły się dla niego tragicznie, psy go prawie zagryzły. Nie można już było go uratować. Ojciec uśpił go, skracając mu męki. Bardzo nam było przykro, strasznie żałowaliśmy Morusa.

***
Zdarzenia - Miejsce Morusa zajęły inne psy. Był Azor, Psota i Inne... Ale najbardziej dał się zapamiętać Azor. Pewnego wieczoru otworzyliśmy drzwi domu wychodzące na podwórze i przez próg wtoczyła się do mieszkania czarna kulka - był to mały szczeniak, który przywędrował nie wiadomo skąd, my go przygarnęliśmy i daliśmy mu nazwę Azor. Azor wyrósł na dużego, czarnego psa, rasy nieokreślonej, jakiś mieszaniec. Był to pies podwórzowy, bardzo czujny, agresywny, ale nie do przesady. Bardzo lubił się gryźć z innymi psami. Był też towarzyski, i bardzo przywiązany, potrafił wychodzić na drogę pod klub we wsi i czekać na nasz powrót (na mój i rodzeństwa). Czekał ukryty w życie lub gdzie indziej i znienacka wyskakiwał pod nogi, bardzo się radując. Azor również był psem pasterskim, pomagał przy pilnowaniu krów na łące. W ogóle był uniwersalny, lubił też polować, nie zjadał upolowanej zwierzyny, przynosił nam, ale dostawał za to lepsze kąski do żarcia.
Ten pies był u nas kilka lat, do chwili, kiedy zjadł trutkę wyłożoną na szczury, i nie dało się go uratować. I razem z nim otruła się bardzo mądra suczka psota. Było z tego powodu dużo płaczu i żalu.

Lata pięćdziesiąte, lata sześćdziesiąte, byłem wtedy już sporym chłopakiem, mieszkającym na wsi, gdzie w tym czasie nie było jeszcze masowej kultury w postaci "telewizora" a i radio nie każdy miał. Wieczorami, przeważnie zimą, ale nie tylko, ludzie opowiadali przy ognisku domowym ciekawe a czasami straszne rzeczy: o różnych duchach, kusikach, zmorach itp. Był taki czas w którym krążyła plotka, że po drogach jeździ czarna wołga i porywa dzieci.
Podobno przystawiali maszynkę do głowy i wyciągali krew. Ja i moje rodzeństwo tak się nasłuchaliśmy tych bajań, że wieczorem to baliśmy się przejść przez podwórze. Idąc oglądaliśmy się na boki, czy czegoś lub kogoś nie widać.
Jeśli chodzi o czarną Wołgę to jej nie widziałem, zresztą w owych czasach samochód wiejską drogą jechał bardzo rzadko, a skoro jechał to już była nie lada sensacja, ale widziałem czerwoną wołgę - a tak naprawdę to do dziś nie wiem czy to była wołga, w każdym bądź razie czerwone duże osobowe auto. Nie mogę zapomnieć zabawnej (choć wtedy nie była zabawna) historii związanej właśnie z tym czerwonym autem. A było to tak:

Jest lato, cieplutko, żyto duże, okres sianokosów, ojciec i matka grabili siano z kilometr od domu. Całe moje rodzeństwo i ja zostaliśmy sami. Ja z bratem Tadeuszem poszedłem w ziemniaki wyrywać zielsko. Reszta rodzeństwa została w domu. Wyrywamy to zielsko blisko drogi, była w tych ziemniakach duża belica, w pewnym momencie spojrzałem za siebie i widzę jak pomalutku i po cichu nadjeżdża czerwone auto, krzyknąłem do brata uciekajmy, przeskoczyliśmy przed samochodem przez drogę i w żyto na ścieżkę, która prowadziła do domu. Będąc na ścieżce obejrzałem się i widzę, że dwóch ludzi idzie tą ścieżką w kierunku domu, więc wbiegłem do domu i krzyknąłem do siostry "uciekajcie bo idą po nas", i wszyscy, jacy żywi uciekaliśmy w łąki, w kierunku sąsiada, ja uciekałem pierwszy, bo miałem najwięcej sił w nogach. Zostawiłem uciekające rodzeństwo i pobiegłem na łąkę do rodziców, przestraszony opowiedziałem im co się stało. Rodzice przybiegli co sił w nogach, ale sąsiad już rozmawiał z tymi ludźmi. Okazało się, że chcieli zapytać się o drogę, do stacji kolejowej. Nasza mama myślała, że może stryja z Ameryki przyjechał, a to tylko podróżni pytający o drogę.
Tak więc strach ma wielkie oczy. Ale nie było co się dziwić nam, skoro dorośli jak się spotkali to takie wieści sobie opowiadali, a my byliśmy tylko przezorni. "Czarna Wołga" - to był postrach dzieci.

***
Strach - Była sroga, piękna zima, duży mróz i śnieg na pół metra. Takie zimy występowały dość często w tamtych, moich, dziecinnych czasach. W te mrozy dość często odwiedzała nas nasza Bacia, Maria Piekarska. Mieszkała niedaleko nas, gdzieś około kilometra idąc przez łąki. Mieszkała pod olchowym lasem, zresztą my też pod lasem, tylko że sosnowym. Zimą robi się szybko wieczór. Więc babcia wracała do siebie przeważnie o zmroku. Jednego razu wracając wieczorem, zauważyła na łące cztery ogniki, podobne do wilczych ślepi, tak jej się wydawało, bardzo się wystraszyła, nie wiedziała, czy iść dalej, czy wracać, ale się przemogła i co sił w nogach popędziła do swojego domu. Na drugi dzień wuja Lucek, wytropił ślady wilczych łap, przynajmniej tak się mu wydawało że to były wilcze. Jednak wilki w naszym terenie nie występowały, ale przy tak srogiej zimie, wszystko mogło być prawdopodobne.
Przeżywałem jej przygodę ze zgrozą, wyobrażając sobie co by było gdyby te wilki były naprawdę i ją dopadły.
Przygoda babci zakodowała się w moim umyśle. Za kilka dni po tym wydarzeniu poszedłem na Belny, akurat przyjechał na przepustkę z wojska wujek Heniek więc było dużo opowiadania, ja się przysłuchiwałem i trochę się zasiedziałem, jak wracałem do domu już zaczynało się zciemniać, wyszedłem za budynki na łąkę, idę i nagle widzę dwa małe jakieś kształty, nie wiem co to jest, trzy godziny temu tędy przechodziłem i nic takiego w tym miejscu nie było. Stoję, przedeptuję z nogi na nogę, nie wiem co robić, czy się wrócić czy iść dalej, wrócić się to wstyd, iść to strach, medytowałem chyba ze dwadzieścia minut, w końcu się odważyłem i niech będzie co chce idę, podszedłem bliżej a kształty nagle urosły do dużego rozmiaru . I zrobiłem się lżejszy o jakieś kilkanaście kilogramów, kamień z serca mi spadł, i sam z siebie śmiałem się. Tam stały dwa stogi siana, które przedstawiły mi się w oczach jako małe, nierozpoznawalne coś, myślałem że to może wilki, o stogach w ogóle zapomniałem że tam stoją a przecież je widziałem jak szedłem w dzień.
Strach ma wielkie oczy i uszy. Wszystkiemu winne były opowieści o różnych przygodach, duchach itp.

***
Duchy - Rodzice i ich znajomi często opowiadali sobie przeróżne historie o duchach. Nie wiem czy w nie wierzyli, może tak, może nie... W każdym razie, snuto opowieści, jak tego i tamtego wystraszył jakiś duch. Słuchałem tych opowiadań z zapartym tchem, aż w końcu zacząłem czuć respekt do tych duchów, bo a nóż istnieją...
Miałem jednak w swoim młodym życiu przygodę, która porządnie mnie wystraszyła. Do dziś nie wiem co to było, duch, człowiek, czy jakieś przywidzenie.
A było to tak:
Miałem wtedy dziewięć, a może dziesięć lat, przed samym wieczorem rodzice posłali mnie do sąsiedniej wioski, po zakupy do sklepu spożywczego. Po zrobieniu zakupów wracałem z dwoma panami, jeden prowadził rower, mieszkał niedaleko nas i był stróżem w naszej wsi. Byli to starsi panowie, szli wolno i ja z nimi. Zaczęło robić się ciemno. Spieszyło mi się, więc przed lasem ich wyprzedziłem. Wszedłem na drogę w lesie, w kierunku ścieżki, przez młody zagajnik, był to uczęszczany skrót przez las i nagle usłyszałem obok łamanie gałęzi, pomyślałem sobie, pan prowadzący rower zahacza o gałęzie, gałęzie jednak nie przestawały trzaskać i wtedy uświadomiłem sobie, że rowerem nie może tak długo hałasować. Obejrzałem się na bok, już z "duszą na ramieniu" i wtedy ujrzałem w lesie jakby dużą postać lekko schyloną, długie nogi, kapelusz, nie widziałem jednak twarzy, ale hałas, trzask łamanych gałęzi nasilał się strasznie, ogarnął mnie wielki strach, ruszyłem biegiem z powrotem, wyleciałem z lasu sto metrów w pole i wrzasnąłem co sił w gardle, i w tym momencie odezwał się stróż, który ze swoim towarzyszem, właśnie dopiero dochodzili do lasu, ja bardzo się zawstydziłem i nie odzywając się pobiegłem truchcikiem, drogą w koło lasu do domu, za jakiś czas pan stróż przyszedł do nas zobaczyć czy jestem w domu. Wtedy dopiero opowiedziałem swoją przygodę rodzicom. Nie wiadomo co i kto mnie wystraszył, może jakiś złodziej, co kradł drzewo z lasu, może jakieś zwierzę uciekało, trudno było wtedy a jeszcze trudniej dziś odgadnąć. W każdym razie, po tym zdarzeniu, przez jakiś czas idąc wieczorem oglądałem się na boki.

***
błyskawica Siły natury - Będąc małolatem nie bałem się piorunów ani błyskawic, deszczów i huraganów, to była dla mnie normalna rzecz. Nie ma w naszym klimacie tornad i im podobnych anomalii, chociaż trafiają się trąby powietrzne a w trzecim tysiącleciu coraz częściej. Ale można rzec, że te anomalia przyrody występują w Polsce jednak rzadko.
Chcę tu opisać pewien przypadek, który wystraszył mnie, iż przez dłuższy czas po tym zdarzeniu panicznie bałem się burzy.
A więc to było tak:
Jest piękny i upalny dzień. W godzinach popołudniowych zaczęło się chmurzyć i zrobiło się bardzo parno.
Ja w tym czasie byłem na łące, pilnowałem krów na pastwisku, by nie poszły w szkodę, lub nie zginęły. Pastwisko było zaraz przy lesie, więc bez pilnowania ani rusz. Komary gryzły, że aż strach, całe roje komarów, zdawało się, że w powietrzu same komary. Oganiałem się jak mogłem, ale nie było na nie sposobu. Siadały na nogach, rękach i twarzy, kąsały ile wlezie, zabijałem je uderzając ręką, niekiedy czekałem aż się napiją krwi żeby było zabawniej, a potem klaps i tylko zostawała czerwona plama. Dziś myślę, że byłem uodporniony na jad komarów, bo skutków pogryzienia nie odczuwałem, nie miałem nawet zaczerwienień i nie odczuwałem charakterystycznego długotrwałego swędzenia. W każdym razie znosiłem to dobrze, ale przyjezdni, z poza naszego terenu, nie mogli sobie z naszymi komarami poradzić, dostawali uczulenia, drapali się a to jeszcze bardziej potęgowało swędzenie.
Tego dnia wyraźnie zanosiło się na burzę i w końcu zaczęło się chmurzyć a grzmoty stawały się coraz głośniejsze. Łąka była niedaleko domu, więc zacząłem pokrzykiwać "Tata, Tata" mając nadzieję, że pozwoli mi zagnać krowy do obory. Tego pozwolenia nie dostawałem więc dalej pokrzykiwałem "Tata, Tata", obserwując przesuwające się chmury na niebie. W pewnym momencie lekko zagrzmiało i nagle z chmury wysunął się biały słup, chmura jakby się otworzyła i ten słup zaczął lecieć w moim kierunku. Strasznie się wystraszyłem i co sił w nogach, nie oglądając się za siebie zacząłem uciekać. Pamiętam, że zaraz lunęło i piorun trzasł a ja z krzykiem wpadłem do domu.
Akurat wtedy był u nas brat taty, wujek Janek, i słyszałem jak ze sobą rozmawiali: "Dobrze, że zatrzymał się niedaleko stodoły, bo by ją zmiotło z powierzchni ziemi".

Było to rzadkie zajawisko atmosferyczne, wyglądało trochę jak długi słup pary u podstawy szerszy. Być może, że to była para, lub drobna woda, w każdym razie wyszło to z chmury. I co to było właściwie nie wiem do dziś.
Po tym osobistym doświadczeniu dłuższy czas na odgłos grzmotów ogarniał mnie strach.

***
Bolące stopy - Jako sześciolatek, ciepłą wiosną i latem biegałem po dworze na bosaka. Wchodziłem na drzewa, skakałem z nich, a gdy przyszedł czas zbioru wiśni, wdrapywałem się na nie, a później niejednokrotnie zeskakiwałem z nich. Zeskoki nie zawsze były udane, zdarzało się wylądować na kamieniu lub na jakiś inny twardy przedmiot. Poodbijałem sobie stopy najwidoczniej, bo po pewnym czasie opanowały je wrzody. Co jeden wrzód się zgoił to drugi się górował, wszystkie bardzo bolesne, rodzice nazywali je odbitami. Największy ból był wtedy, kiedy się "budowały", czerwieniły i dojrzewały. Czym szybciej dojrzały tym prędzej następowała ulga. Jednak kilka dni musiało trwać zanim doszło do perforacji.
Żeby szybciej do tego doprowadzić, rodzice przykładali mi młode liście z olszyny, łopianu, lub liście "bobkowe", które miały działanie podobne do maści Ichtiolowej (w tamtych czasach do lekarza ludzie chodzili rzadko). Co z tego! Skoro jedne jeszcze się dobrze nie wygoiły a już drugie się budowały. Trwało to prawie przez jedno całe lato, raz na jednej stopie raz na drugiej i na obu razem paskudne wrzody! Ból niesamowity! Jednak ten ból nie zwalniał mnie od obowiązku pilnowania krów na pastwisku. Pomoc do pasienia krów dostałem dopiero wtedy jak miałem odbity na dwóch stopach. Wtedy pomocnik, właściwie przejął mój obowiązek a ja byłem na łące dla towarzystwa, siedziałem sobie na trawce i nic nie robiłem, starałem się tylko być towarzyszem mojemu pomocnikowi. Pomocnikiem, a w zasadzie zastępcą, była dziewczyna starsza o cztery lub pięć lat, sąsiadka, której rodzice wynajmowali u nas mieszkanie.
Z końcem lata nogi mi się wygoiły i już później nie miałem kłopotu. Pozostały tylko wspomnienia bólu i toczonej z nim walki.

***
Stalin Kult jednostki - Urodziłem się w 1946 roku, prawie rok po II wojnie światowej.
Polska wyzwoliła się spod okupacji hitlerowskiej przy pomocy Związku Radzieckiego i była "wolna", a tak naprawdę dostała się pod opiekuńcze, zniewalające skrzydła Sowietów. Znalazła się w strefie wpływów sowieckich, zgodnie z prawem międzynarodowym była wolnym krajem, lecz została całkowicie podporządkowana Rosji. Rząd z Warszawy dostawał wytyczne z Moskwy. Zaraz po wyzwoleniu w Polsce było pełno Rosjan, obsadzili ważniejsze urzędy cywilne i wojskowe, pod pretekstem szkolenia polskich towarzyszy. Z biegiem lat sytuacja się zmieniała, część Rosjan wyjechała z Polski. Zostały tylko ich bazy wojskowe i ruscy Polacy w rządzie polskim. Ruscy Polacy to przywiezieni z Rosji bolszewickiej zruszczeni komuniści polscy. W Polsce do lat 1956 panował kult jednostki, w kraju był terror, który wprowadziło UB, tzw. bezpieka stalinowska, która w początkowym okresie rozprawiała się z bohaterami Armii Krajowej i wszystkimi, którzy odważyli się myśleć inaczej jak oni. Tych inaczej myślących wysyłali na Sybir. Takim wolnym krajem była Polska, że nawet nie wolno było jej tych akowców osądzić w Polsce i zamknąć w polskich więzieniach, tylko musieli ich wywieźć do Rosji. Oczywiście nie wszystkich wywozili na Sybir tylko wybranych, co według ich uznania zagrażali najbardziej socjalizmowi. Polski rząd i aparat partyjny oraz UB gnębiło naród nie tylko z przyczyn politycznych ale również wyznaniowych i gospodarczych. Gnębili wszelką inicjatywę prywatnej przedsiębiorczości. Odebrali ludziom ich własność. Na wsiach najlepszą ziemię uprawną zabrali pod pegeery, a gorszą rozparcelowali pomiędzy chłopów i tylko po to, by ją potem odbierać i zakładać kołchozy. Z tymi kołchozami, inaczej spółdzielniami produkcyjnymi, to im się nie udało. Sporo wsi skołchozowali, ale nie wszystkie chciały się podporządkować i w końcu zaprzestali namawiać, bo okazało się, że gdyby tylko były kołchozy to Polska umarła by z głodu. W końcu wszystkie kołchozy zbankrutowały i się rozwiązały, zostały tylko Państwowe Gospodarstwa Rolne które też w końcu zlikwidowano po wyjściu Polski spod okupacji sowieckiej. Tak więc chłop polski żywił kraj a do PGR-u rolnictwo polskie dopłacało.
Za czasów stalinowskich najbardziej w Polsce byli gnębieni rolnicy i to nie ze względów przekonań politycznych, chociaż to było na pierwszym miejscu ogólnie, ale byli uciskani i wyzyskiwani gospodarczo. Chłop polski musiał oddawać daninę do państwa w postaci obowiązkowych dostaw za pół darmo i wysokiego podatku a państwo w nagrodę nazywało go kułakiem. Obowiązkowe dostawy i podatek były zawyżone pod względem klasy ziemi, z której wydajność była taka a nie inna. Wydajność z hektara zawyżona, a jeszcze trafiały się nieurodzaje, które powodowały, że niejednokrotnie rolnik nie mógł się wywiązać z tego obowiązku. Za uchylanie od niewywiązania się z obowiązkowych dostaw było kolegium i często więzienie. Ze ściąganiem tych kontygentów bardzo się spieszyli, żyto jeszcze rosło na polach i ziarno było miekkie a rolnik już dostawał nakaz odstawy do geesu. Nakaz nakazem ale w Geesie przyjmowali tylko twarde ziarno, a jak była zbyt duża wilgotność to była niższa cena, a przecież i tak płacili chłopu połowę ceny.
Odwilż polityczna  - Stalin umarł! A wydarzyło się to 5-tego marca 1953 roku.
Pamiętam, jak by to było dzisiaj, wielką radość rodziców, okolicznych rolników i wielu mi znajomych ludzi. Muszę jednak napisać, że byli też ludzie którzy opłakiwali jego śmierć.
Kult jednostki, władza ubowców trwała do przewrotu październikowego 1956-tego, poprzedzonego wydarzeniami czerwcowymi w Poznaniu. W rezultacie tych wydarzeń doszedł do władzy, wypuszczony z więzienia i owacyjnie witany przez robotników Władysław Gomółka. Razem z nim wyszedł z więzienia Prymas Polski Stefan Wyszyński. Posunięcia te miały na celu załagodzenie nastrojów robotników, chłopów i wszystkich ludzi w Polsce. Za czasów Gomółki nastąpiła tzw. odwilż polityczna, w miejsce zlikwidowanego zbrodniczego,Urzędu Bezpieczeństwa, powstała Służba Bezpieczeństwa w skrócie SB, bezpieka bardziej z ludzką twarzą. Przywrócono polskie nazwy miastom, zlikwidowano nazwy ulic im. Stalina, jak również różne "stalinogrody". Dano Polakom więcej swobody. Jednak to była powierzchowna kosmetyka, kamuflaż, w rezultacie nadal płynęły wytyczne z Moskwy i nasz aparat partyjny im się wysługiwał.
Gomółka oszukał robotników. Jak tylko okrzepł w rządzie zaczął zmieniać swoją politykę na bardzo prosowiecką i antyklerykalną. W latach 60-tych XX wieku nastąpiło pogorszenie stosunków Państwa z Kościołem. W 1960 zniesiono święta Trzech Króli i Matki Boskiej Zielnej. W tym samym roku zabroniono nauki religii w budynkach szkół. Od 1961 władze lokalne pod wpływem władz centralnych zabraniały przeprowadzaniu procesji Bożego Ciała na ulicach miast. W 1966 władze PRL nie dopuściły do pielgrzymki Papieża Pawła VI, który chciał uczcić 1000-lecie Chrztu Polski. Milicja aresztowała wędrującą kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. W okresie II Soboru Watykańskiego odmawiano paszportu do Rzymu arcybiskupowi Wrocławia _ Bolesławowi Kominkowi, a później prymasowi Stefanowi Wyszyńskiemu. Wpajano ludziom na siłę materializm, a wiarę sprowadzano do zabobonów, ciemnoty i fanatyzmu.
Ale ogólnie pod względem materialnym trochę ludziom lepiej się powodziło. Propaganda partyjna była budująca, wszyscy mieli mieć bardzo dobrze, z tym tylko, że co innego mówili a co innego robili. Pod koniec lat sześćdziesiatych Gomółka zaczął wprowadzać subotniki, nieodpłatną pracę w niedzielę, wolne soboty były w ZSRR, pracowali od niedzieli do soboty, więc subbotniki były u nich w sobotę a u nas w niedzielę. Jak pamiętam, raz w miesiącu trzeba było pracować w niedzielę. Polska komuna chciała się przypodobać, zwierzchnikom z Moskwy. Gomółka pewno przymierzał się do zlikwidowania niedziel, ale to mu nie wyszło, musiał abdykować. Komuna karmiła obywateli fantastyczną propagandą a zwykli ludzie wiedzieli swoje i dzielili się tymi wiadomościami podczas wieczornych spotkań, czego byłem świadkiem i coś niecoś rozumiałem.

***
Lata sześćdziesiąte - Lata mojej wczesnej młodości, wchodzenia w życie dorosłe. W roku 1960 ukończyłem szkołę podstawową z wynikiem bardzo dobrym. Jednak nie podjąłem dalszej nauki. Wprawdzie złożyłem podanie do szkoły górniczej i w zasadzie byłem przyjęty, lecz pod koniec wakacji przyszło zawiadomienie, że z braku miejsca nie mogą mnie przyjąć. Za późno było starać się do nowej szkoły, tym bardziej, że aż tak mocno nie paliłem się do nowej nauki. Wynikało to z obawy przed nieznanym, a nie miałem wsparcia. Rodzice nie bardzo mieli chęć pozbywać się mnie z domu. Akurat tak się złożyło, że ojciec był poważnie chory i nie mógł jakiś czas pracować w gospodarstwie i później po tej chorobie miał już mniej sił do pracy, więc moja pomoc w gospodarstwie była nieoceniona.
Wykonywałem wszystkie cięższe prace w domu i w polu. I tak moja edukacja zakończyła się na poziomie podstawowym. Dziś myślę sobie, że to jednak moja wina, bo gdybym uparł się i koniecznie chciał iść do szkół, rodzice pewno by mnie posłali. Jednak niczego nie żałuję, jest jak jest.

Tak więc byłem w domu, wyręczałem ojca w pracy w polu i jak trzeba było to i w obejściu. Ale nie samą pracą tylko żyłem, tak jak wszyscy inni moi rówieśnicy miałem kolegów i koleżanki. Chodziliśmy co wieczór na kawę i telewizję do świetlicy. W sobotę często urządzano potańcówki dla młodzieży. Były różne rozgrywki sportowe, ale najczęściej graliśmy w piłkę nożną. Jakiś czas były na wsiach organizacje sportowe "LZS". Były więc organizowane rozgrywki pomiędzy kołami sportowymi. Trochę tej rozrywki było. W święta państwowe komuna urządzała zabawy ludowe. W niedzielę strażacy urządzali zabawy w remizach, po których młodzież w poniedziałek nie nadawała się do pracy, bo była przepita, przemęczona całonocnym balowaniem. Wtedy jeszcze nie było wolnych sobót, więc w soboty nie było żadnych poważniejszych zabaw. A dzisiaj to już dyskoteki czynne są w każdy piątek. A piątek to dzień postu. Rodzicom to moje balowanie nie bardzo się podobało ale nie mieli już większego wpływu na to. Zadowoleni byli, że zawsze wróciłem z takiej zabawy dość trzeźwy i cały na ciele, bo na zabawach nierzadko dochodziło do różnych bójek pomiędzy chłopakami. Zresztą dziś też tak jest, tyle tylko, że może kończą się niekiedy bardziej tragicznie. Mając 17 lat budowałem z ojcem nasz dom. Roboty było dużo, pamiętam, było piękne lato, opaliłem się przy tej robocie na Indianina.

Dom pobudowałem i na drugi rok, we wrześniu pojechałem do pracy w melioracji w Chraplewie. Przepracowałem dwa i pół miesiąca i nastała zima. Zimą siedziałem w domu. Tak mi się spodobało uniezależnienie się, że na wiosnę znowu pojechałem pracować do Chraplewa. Robota była ciężka, ale bardzo dobrze płatna. Kopaliśmy sączki drenarskie, w których układane były rurki do zbierania wody. Pracowaliśmy też przy dużych zbieraczach, gdzie były układane duże dreny o średnicy 50 cm. Przy takich zbieraczach mniej się narobiliśmy a więcej zarobiliśmy. Zdarzyło się kopanie rowu, ciężka to była praca, ale można było przywyknąć.
I były pieniążki na swoje wydatki. Nie musiałem się prosić o nie u ojca. A w tym wieku miałem już swoje potrzeby. Zdarzało się jednak, że niekiedy zarobione pieniążki były puszczane lekką ręką, na różne niepotrzebne zachcianki, wina, piwa itp. Jednak większą część zarobionych pieniędzy potrafiłem zagospodarować. Wspomagałem również rodziców jak byli w potrzebie.
Po skończeniu się sezonu pojechałem na Śląsk i pracowałem na wąskiej kolei w Nowym Bytomiu.

***
Śląsk - to mój pierwszy, dłuższy i tak daleko od domu - wyjazd. Podróż trwała niemal osiem godzin. Wysiadłem w Bytomiu bardzo ciekawy Śląska. Zaskoczył mnie półmrok i smród spalenizny. Bytom był strasznie zadymiony, poprzez tlące się hałdy, w których były jeszcze kawałki węgla.
Tanowskie Góry Duży wpływ na zadymienie miały również pobliskie huty i różne inne zakłady. Pociąg zmechanizowany, w którym miałem pracować, stał w Lipinach, to jest niedaleko Siemianowic. Więc dalszą drogę pokonaliśmy tramwajem. Piszę w liczbie mnogiej, bo jechałem tam ze swoim wujem i znajomymi, którzy tam pracowali i mnie zwerbowali. Wszystko dla mnie było nowe i wcześniej niewyobrażalne, więc pilnie wszystko obserwowałem. Zajechaliśmy do tych Lipin, małe miasto, jakby osiedle. Kopalnia była tam a jak kopalnia to też byli "haharzy", ludzie którzy trudnili się wybieraniem z wózków węgla, który nierzadko znajdował się pomiędzy kamieniami. Wszystko co było wywożone na hałdy sprawdzali haharzy i ładowali na swoje wózki. Wszystko to było zorganizowane, jedni przebierali, wyrzucali z wagoników, inni zbierali to do wózków, a potem na handel.

10 grudnia 1965 roku zostałem przyjęty jako pracownik niewykwalifikowany na kolej dojazdową, do pociągu zmechanizowanego. Najpierw jednak musiałem jechać do Katowic na badanie lekarskie w celu potwierdzenia kategorii zdrowia wymaganej na kolei od pracowników związanych bezpośrednio i pośrednio z ruchem pociągów. Wracając z Katowic przydarzyła mi się niezbyt miła przygoda:
Nie mogłem trafić do pociągu zmechanizowanego, który stał na bocznicy w tychże Lipinach, gdzie w specjalnie przystosowanych wagonach mieszkaliśmy. Wracałem późnym wieczorem i na dodatek wystąpiła mgła, była słaba widoczność, a ja rano wyszedłem w towarzystwie wuja na przystanek autobusowy jakimiś skrótami i więc tej powrotnej drogi nie mogłem znaleźć. Pytałem się napotkanych przechodniów gdzie taki pociąg stoi ale nit nic nie wiedział, krążyłem więc po mieście, po jakichś torach kolejowych normalnotorowych tu i tam i nikt nie umiał mi wskazać tej właściwej drogi. W końcu wyszedłem na jakąś łączkę, trochę już wystraszony, w koło nic nie widać, usiadłem na kępie trawy, otworzyłem torbę z cukrem i trochę sobie podjadłem. Pokrzepiłem się i już miałem szukać dalej a tu nagle ktoś otworzył drzwi od wagonu i ujrzałem światło, był to nasz wagon mieszkalny. Odetchnąłem z ulgą, byłem jak to się mówi w domu. Opowiedziałem to chłopom i było sporo śmiechu.

Tak więc zostałem przyjęty do pracy na kolei wąskotorowej w pociągu zmechanizowanym w Rudzie Śląskiej 9 Nowy Bytom. Na tych torach jeździły tylko pociągi towarowe. Pracowałem przy utrzymaniu torów kolejowych w ciągłej przydatności do przewozów. Naprawialiśmy stare uszkodzone tory jak również budowaliśmy całkiem nowe. Wymienialiśmy stare zużyte rozjazdy, szyny, podkłady. Jeździliśmy na wykolejenia pociągów celem przywrócenia sprawności uszkodzonych torów. Wykolejenia zdarzały się dość często, bo torowiska były usytuowane często na szkodach górniczych.
Pamiętam jedno wykolejenie pociągu towarowego przy którym pracowaliśmy w ulewnym deszczu całe osiem godzin, po to tylko by pociąg mógł zjechać z torów, aby przywrócić drożność linii. Przemokło na mnie wszystko do suchej nitki, starałem się w tej sytuacji jak najmniej podnosić ręce do góry, bo przy takich ruchach następowało nieprzyjemne uczucie.
Wymienialiśmy zużyte tory, przy których było naprawdę dużo pracy. Wszystko musiało być zrobione zgodnie z normami, przepisami, zachowane musiały być wszelkie prawidłowe wymiary rozstawu torów oraz przechyleń i łuków by lokomotywa i wagony mogły bez przeszkód mknąć i wozić towary, a wożone były materiały sypkie, stałe, płynne: Węgiel, glin, drewno na stemple do kopalni, dłużyca, jakieś kwasy itp.

Robota była ciężka, choć to był pociąg zmechanizowany to większość roboty trzeba było wykonać ręcznie. Był tylko agregat prądotwórczy do podawania prądu do podbijaków i wiertarek oraz zakrętarek, po za tym żadnych dźwigów, widlaków nic nie było. Szyny i podkłady trzeba było ładować ręcznie.
Praca ciężka, ale tylko osiem godzin i po pracy miałem dużo swobody, noi własne pieniądze, czego nie miałem pracując u rodziców na gospodarce. Pracowałem na własny rachunek, pensja była na te czasy średnia, 1800 zł z delegacją. Wystarczyło na miesięczne wyżywienie i ubranie oraz na wyjście do kina lub na piwo. Niekiedy pożyczałem pieniędzy rodzicom, nie żadając by mi oddali.

Zwiedziłem dużą część Górnego Śląska, począwszy od Tarnowskich Gór po Siemianowice Śląskie, Bytom, Gliwice, Zabrze i Rudę Śląską. Nasz pociąg zmechanizowany co jakiś czas zmieniał swoje miejsce postoju. Z tego więc powodu co jakiś czas były nowe wrażenia. Poznawałem nowe miejscowości, nowe miasta, które jakby się ze sobą łączyły. Każde miejsce naszego pobytu było dla mnie bardzo interesujące. Długość pobytu w danej miejscowości zależała od wielkości wykonywanych prac w regionie, średnio cztery miesiące.

granice
Mapa - granice obszaru naszych prac na Górnym Śląsku są zaznaczone przerywaną czarną linią a postój wogonów mieszkalnych zaznaczony kwadratami. Zobacz granice obszaru działania naszego pociągu zmechanizowanego ... »

 
W każdym nowym miejscu zamieszkania, o ile można nazwać wagony mieszkaniem, były inne warunki życiowe pod względem higieny osobistej i zaopatrzenia się w żywność. W wagonach nie było wody podłączonej, trzeba było ją czerpać z pomp. Co miejscowość to inna odległość do wody. Zbyt dalekie chodzenie po wodę zabierało czas wolny na odpoczynek. Trzeba było też robić zakupy i przygotowywać sobie kolacje, śniadania i obiady. Na obiady chodziłem czasami do baru. Zdarzało się, że wykupowałem obiady na stołówce górniczej, o ile taka była gdzieś blisko naszego postoju. Zwykle chodziłem tam z moimi kolegami współpracownikami. Po każdej przeprowadzce trzeba było wszystko zaczynać od nowa, wypatrzyć gdzie najlepsze są sklepy spożywcze, gdzie można iść do kina, jak dojść do przystanku tramwajowego, lub autobusowego, by dojechać do z zamierzonego celu.
Praca jak to praca, podobało mi się tam, byłem samodzielny. Miałem zarobione pieniądze i kolegów, z którymi można było pójść do baru na piwo, do kina, do cyrku i na mecz piłki nożnej. Do domu przyjeżdżałem raz na dwa tygodnie, lub raz na miesiąc, różnie to wyglądało. W owe czasy jazda pociągiem - to ośmio godzinne umęczenie się. Pociągi były przeładowane i niejednokrotnie całą trasę trzeba było stać. Ale mimo to do domu ciągnęło by spotkać się z rodzicami i rodzeństwem oraz by pójść ze starymi kolegami do klubu lub na potańcówkę. Nie było wtedy wolnych sobót, raz w miesiącu był jeden wolny dzień od pracy z powodu rozłąki. Raz w miesiącu można było w piątek po południu wyjechać i wrócić w poniedziałek rano, by zdążyć na godzinę 7:00 do pracy. W inne tygodnie można było jechać do domu w sobotę po południu. Częste jeżdżenie było uciążliwe, więc kawalerowie nie jeździli tak często, co innego żonaci.
Podobało mi się na Śląsku. Pracowałem tam nie cały rok przed pójściem do wojska a po wyjściu z wojska w listopadzie 1969 roku przeniosłem się na kolej w Inowrocławiu.

***
Łut szczęścia - Pracując na śląsku, w roku 1966 postanowiłem zrobić prawo jazdy na motor. Była też możliwość za jednym razem zrobić i na samochód, ale uznałem, że w życiu nie będę miał samochodu, to po co dodatkowy wydatek. Jak się później okazało to był wielki błąd. Zmieniły się realia tego świata i już samochód stał się dostępny dla kogoś kto się uparł by go mieć.
Tak więc zrobiłem ten kurs na motor w Bytomiu i po jakimś czasie trzeba było to prawko odebrać. Z tym odbiorem był kłopot musiałem na ten czas zwolnić się z pracy. Nasz pociąg zmechanizowany stał wtedy w Bytomiu Karb, pracowaliśmy na szlaku w Radzionkowie Śląskim a prawko odbierałem w Bytomiu. Ponieważ nie wiedziałem jak wrócić z Bytomia do Radzionkowa, wróciłem do Karbia i stamtąd miałem zamiar jakimś towarowym dojechać. W Karbiu na stacji w peronach akurat stał parowóz ze składem wagonów, więc po drabince wszedłem do mechanika spytać się czy mógł by mnie zabrać i wysadzić na szlaku. Jednak odpowiedź dostałem odmowną. Parowóz ruszył i puścił strasznie dużo pary, w okół na peronach nie było nic widać. Zszedłem tyłem po drabince z parowozu na peron i miałem zamiar przejść na drugą stronę, ale mechanik z ruszajacego parowozu coś do mnie krzyczał więc patrzyłem na niego zdziwiony co opóźniało mój zamiar przejścia, odwróciłem się twarzą do toru przez który miałem zamiar przejść i w tym momencie przemknął przede mną ekspres z wielką szybkością. Nic widać nie było przez tę parę i nie wiem czy bym zaraz przechodził czy nie, w każdym bądź razie wejście na tor równało się śmierć. Moje przejście zostało opóźnione przez krzyczącego nie wiadomo co maszynistę. On widział jadący ekspres i próbował mnie ostrzec i to mu się można powiedzieć udało. Skończyło się tylko na tym, że włosy stanęły mi dęba i już nie pojechałem w tym dniu do pracy.
Takich krytycznych zdarzeń na które nie miałem wpływu było w moim życiu więcej. Będąc ślusarzem w służbie rewidenckiej wagonów podczas oglądania technicznego wszedłem pod wagon, by podwiesić opadnięty trójkąt hamulcowy. Usunięcie tej usterki zmuszało mnie to podniesienia tego trójkąta, położenie go na kolanie i włożenie bolca w obsadę i zabezpieczenia go zatyczką. Po wykonaniu tego wyszedłem z pod wagonu i cały skład wagonów raptownie ruszył do przodu, dużo nie brakowało a zostałbym przejechany. Była z tego powodu wielka awantura u dyżurnego ruchu, bo wyjście do badania tego składu było zgłoszone i tor powinien być zamknięty. Wagony nie miały prawa ruszyć z miejsca a jednak ruszyły, ale miałem dużo szczęścia... Jeszcze takich podobnych przypadków było więcej. Zawsze jak dotąd miałem szczęście i wychodziłem cało z opresji.

***
Wojsko - to szczególne doświadczenie w moim życiu. Myślę, że każdy powinien takie mieć ale to już tylko wyłącznie moje zdanie.
Wcielenie do wojska przyjąłem z ochotą. Do nie pomyślenia było by wymigiwać się od obowiązku wobec ojczyzny. Moim honorem było iść do wojska. A miałem problemy na pierwszej komisji, dostałem kategorię "C" z powodu gorszego słuchu na prawe ucho. Na drugiej komisji dostałem kategorię "A". Powołanie do marynarki wojennej w Ustce, dostałem w październiku 1966 roku z WKU Świętochłowice. Z tego powodu byłem bardzo dumny. Podobał mi się mundur marynarski a rodzaj wojska był, zdawało się atrakcyjny.
Jednak moje wyobrażenia i oczekiwania nie bardzo były zgodne z rzeczywistością...
Pojechałem do punkt zborny na trzeźwo, trochę z duszą na ramieniu, inni byli pijani, myślę, że wypili sobie dla dodania animuszu. Punkt zborny, inaczej miejsce gdzie nas przejęli był w lesie. Muzyka grała melodie patriotyczne, po zmierzeniu, zważeniu, zbadaniu przez lekarzy, dali nam jeść. Potem poformowali nas w czwórki i pomaszerowaliśmy do jednostek zgodnie z rozdziałem. Było przy tym sporo stresu.
W Ustce odbyłem szkolenie unitarne, które trwało około półtora miesiąca. Był to czas na zrobienie z nas marynarzy. Byliśm docierani na terenie koszar jak i na placach musztry lub taktyki. Uczono nas porządku, dyscypliny a przy okazji gnębiono przez trochę starszych służbą kolegów. Nasze koszary były w lesie, więc pełnienie dyżuru w nocy przed koszarami nie należało do przyjemności a stojąc tak samotnie do głowy przychodziły różne myśli. Na unitarce nauczyłem się współżycia z kolegami, maszerować, strzelać z kałasznikowa. Zaliczyłem dwie taktyki, dzienną i nocną i jedne manewry. Na nic więcej nie starczyło czasu bo byliśmy do tyłu z programem szkoleniowym. Cała unitarka przechodziła szkolenie teoretyczne o okrętach. Szkolono nas na pokładowych. Przyswajaliśmy podstawowe wiadomości o budowie, zachowaniu bezpieczeństa osobistego, o wszystkim co należało do obowiązków marynarza pokładowego na okręcie. To musiało być przyswojone, bo po przysiędze był rozdział marynarzy według zapotrzebowań na okręty lub inne jednostki marynarki wojennej na lądzie.
Koszary w których mieszkaliśmy, to był spadek po Niemcach, to były właściwie baraki, woda bieżąca była ale tylko zimna, ogrzewanie piecowe na węgiel. Na stołówkę musieliśmy maszerować około dwóch kilometrów, do centrum jednostek. Kąpiel raz w tygodniu w tymże centrum. Najbardziej nie lubiłem służby na kuchni i obierania ziemniaków, a kilka razy podczas pobytu w Ustce nasza kompania obierała. Wyrzucono tonę ziemniaków na plac pod wiatę i trzeba było strugać. Strugałem aż mi ręce grabiały, nie było lekko, kartofle musiały być ostrugane!
Nigdy nie zapomnę służby kuchennej, która przypadła naszej drużynie w wigilię Bożego Narodzenia. O godzinie szóstej rano poszliśmy na kuchnię a wróciliśmy około północy. Mój płócienny biały mundur był wieczorem zielony. Co ja tam nie robiłem, cebulę obierałem, cały kosz, indyka pomagałem zabić. Z kucharzem byłem w magazynie po kiełbasę i mięso. Mięso wisiało na haku, połówki wołowiny. Kucharz kazał mi podejść pod taką połówkę, odciął i to spadło na mój bark. Nogi mi się ugięły pod ciężarem a do kuchni był spory kawałek drogi. A ile mycia i sprzątania było. Ja tak manewrowałem, że po kolacji wkręciłem się do mycia posadzek. Kilku kolegom przypadło mycie talerzy. Umyli tysiąc talerzy a kontrolny po sprawdzeniu nakazał wszystkie myć jeszcze raz i służba przeciągnęła się o godzinę, wszyscy musieliśmy czekać na pomywaczy talerzy.
Z tego to powodu dzielenie się opłatkiem w tę wigilię zaczęło się w naszej drużynie po dwudziestej trzeciej, ale było bardzo przyjemnie i rodzinnie.
W drugie święto miałem dostać dobową przepustkę. Z tego powodu spotkała mnie przykrość: wyprasowany, wypucowany udałem się do dyżurnego oficera noi okazało się, że nie mogę wyjść, bo nie ma na kompanii mojej książeczki wojskowej. Książeczka była w sztabie, bo po świętach nasz pluton wyjeżdżał do Gdyni a dokumenty skompletowali sobie wcześniej. Nikt nie pomyślał, że książeczki mogą być potrzebne marynarzom, którzy dostali przepustki. Niestety! Tak się cieszyłem tą przepustką, miałem jechać do Darłowa, musiałem to jakoś przeżyć. W Sylwestra zapakowali nas w autobusy i wywieźli do Gdyni. Punktem zbornym by niszczyciel ORP Błyskawica. Stamtąd rozprowadzali nas zgodnie z tym, kto gdzie miał przydział. Kilku kolegów z naszej trzydziestki zostało na tym niszczycielu, kilku poszło na inne okręty, czterech do torpedowni na Oksywie, jeden na ORP Kablowiec Ja miałem przydział do jednostki na Obłużu w bazie nurków do plutonu funkcyjnego, konkretnie do magazynów zaopatrzenia marynarki wojennej. Bardzo się bałem by nie nocować na tym okręcie, bo mocno tam ganiali młodych żeglarzy i dochodziły słuchy, że koledzy którzy tu przyjechali już obierają kartofle i na przymus muszą śpiewać. W ogóle ci starzy marynarze z tego okrętu potraktowali przybyłych z góry. W końcu przyszedł po mnie bosmanmat i zaprowadził do mojej nowej jednostki. Po drodze pocieszał mnie, że będę miał dobrze, prawie jak w domu, wiele się nie mylił.
mar. woj. Tak więc znalazłem się w mojej nowej jednostce, jako że to był Sylwester, to w jednostce po za służbami porządkowymi nie było nikogo. Sam siedziałem na sali i patrzyłem przez okno. Widok miałem na stocznię Komuny Paryskiej. Trochę było mi smutno, ale miałem spokój. Przez tydzień nikt się mną nie interesował, chodziłem bez przydziału. Potem przyszedł po mnie chorąży i znalazłem się w magazynie. Przez dwadzieścia miesięcy pracowałem w magazynie, od ósmej rano do piętnastej, czasami dłużej ale wszyscy starali się by do trzeciej skończyć. Byłem w takiej jednostce, gdzie było tylko trzech marynarzy ze służby czynnej i to nie przez cały czas. Moja funkcja w magazynie polegała na wydawaniu materiału. Byłem pomocnikiem magazyniera. Fucha była dobra, robota dość lekka, w pomieszczeniach było ciepło. Po zajęciach w magazynie miałem wolne, czasami przypadła mi służba dyżurnego na kompanii, albo warta na bramie. Będąc starszym marynarzem, jeśli był pełen stan marynarzy na kompani, wówczas pełniłem służbę podoficera na kompanii a na warcie byłem dowódcą warty. Na starszego marynarza awansowałem dosyć szybko. A odznakę wzorowego marynarza dostałem jeszcze przed awansem.
Koszary tego centrum szkolenia nurków i płetwonurków były nowo pobudowane, wszędzie było ogrzewanie centralne, łazienki z ciepłą wodą i prysznicami. Stołówka blisko i dobre jedzenie, nieporównywalnie lepsze niż w Ustce. A pewno z tego powodu bo na tej stołówce jedli marynarze z okrętów, nurkowie i kadra. Oficerowie i zawodowi podoficerowie jedli to samo co marynarze z czynnej. Tak się złożyło, że ja bezpośrednich dowódców miałem w jednostce zaopatrzeniowej a drugich pośrednio w jednostce szkoleniowej, gdzie była baza nurków. Spanie, jedzenie, służby, porządki, wszystko to miałem zapewnione w tej szkoleniowej jednostce, gdzie oprócz szkolenia nurków, mieli też pluton funkcyjny, gdzie znajdowali się kucharze, sanitariusze, magazynierzy, grupa techniczna do obsługi urządzeń do nurkowania. Dyscyplinarnie mogłem zostać ukarany w obydwu jednostkach. Ja jednak byłem zdyscyplinowany i raczej byłem nagradzany.
Miałem stałą zwykłą przepustkę i o ile nie nie miałem służby to w godzinach popołudniowych w każdej chwili mogłem wyjść na miasto. Jeśli chodzi o morze i pływanie po nim to mogę powiedzieć tyle, że jednostka była umiejscowiona nad kanałem, przy molo cumowały okręty. Po kanale zdarzało mi się pływać motorówką, holownikiem, i szalupą. Zdarzało się to bardzo rzadko, byłem marynarzem lądowym. Wyszkolenie bojowe prawie żadne, i gdybym nie był w Ustce na unitarnym to bym pewno nie umiał strzelać.
W październiku 1968 roku szczęśliwie wyszedłem do cywila. Miałem nawet zamiar zostać w wojsku, byłem namawiany i już prawie mnie zwerbowali, jednak szkoda mi się zrobiło cywila. A to był pewno błąd życiowy, ale nie żałuję.

Cywil - i wreszcie przyszedł czas wyjścia do cywila. Na ten moment oczekiwałem jak również i moi koledzy z niecierpliwością od co najmniej pół roku przed wyjściem. Nie będę tu wspominał o przycinaniu paska, niektórzy przycinali po pół roku służby. Ja nie przycinałem w ogóle. Nosiłem się nawet przez jakiś czas z zamiarem pozostania w marynarce, na zawodowego, ale pod koniec służby mi to przeszło. Nie bez znaczenia na moją decyzję mieli wpływ koledzy, którzy jakby specjalnie zaczęli obrzydzać wojsko a wychwalać zalety życia w cywilu. W ostatnim miesiącu służby zacząłem energiczne przygotowania do rozliczenia się z wojskiem. Aby wyjść do cywila musiał przyjść specjalny rozkaz z ministerstwa obrony do sztabu jednostki i wtedy do dnia wymienionego w rozkazie każdy marynarz, żołnierz, musiał zdać swoje sorty mundurowe. Marynarze dostawali na własność mundur wyjściowy półbuty. Krawat, kołnierz, białe pokrowce, czapkę, pas marynarski, kurtkę marynarską, bosmankę ortalionową oraz polowe mundury i buty trzeba było zdać, jak również bieliznę osobistą, pościel, koce, menażkę, manierkę, niezbędnik i kubek. Kto się nie rozliczył, temu szef kompanii nie podpisał obiegówki i nici z wyjścia jeśli nie było pieniędzy by się wykupić. Musiałbym wtedy skombinować pieniądze by zapłacić za brakujące rzeczy. A trochę braków miałem. Któż nie miał, prawie każdemu coś brakowało. W każdym razie w ciągu miesiąca uzupełniłem sobie braki w sposób tradycyjny, tak jak moi poprzednicy, którzy część sortów mundurowych i innych podwędzili nam, młodszym kolegom. Sumienie miałem czyste ponieważ taka historia powtarzała się przy okazji wyjścia do cywila każdego rocznika. Na koniec wszyscy mieli wszystko. Dzień przed opuszczeniem koszar poszedłem z kolegami na przepustkę pożegnalną do miasta. W ogóle do cywila wychodziło z naszej jednostki pięć osób i zamieszania nie było z tego powodu. Poszliśmy do miasta już prawie jak cywile, w mundurach bez krawatów, kołnierzy, z gołymi głowami. Dla podkreślenia osobowości rezerwisty założyłem biały szalik, rezerwiści z wojsk lądowych lądowych zakładali chusty. Trzeba przyznać, że te białe szaliki bardzo pasowały do czarnych, sukiennych mundurów. Chodziłem po mieście na tej ostatniej, nielegalnej przepustce dumny jak paw, tak samo moi koledzy. Troszkę wypiliśmy, ale nie za dużo, słowem pełna kultura. Wymieniliśmy pomiędzy sobą adresy, na które pewno niewielu napisało i ja również nie napisałem. Dużo było gadania, obiecywania a po wyjściu do cywila kontakty nie zostały nawiązane.
W dniu opuszczenia koszar pożegnałem się kolegami którzy zostali na nadterminowych oraz młodszymi w służbie czynnej. Pożegnała nas kadra, pojechaliśmy całą, małą paczką rezerwistów do Gdyni, na dworzec kolejowy. Tu się rozstaliśmy. Jeden kolega wracał na Śląsk, więc miałem towarzysza podróży. Ja wysiadłem w Inowrocławiu, on pojechał dalej. Do domu wróciłem trzeźwiuteńki jak baranek.
Przez dwa tygodnie pomagałem ojcu odwozić buraki cukrowe do skupu w Sompolnie. Potem pojechałem na Śląsk do pracy na PKP, tam gdzie pracowałem przed wojskiem i zarzekałem się przed pójściem do wojska, że już tu nie wrócę. A jednak wróciłem, miałem ciągłość pracy i należała mi się wyprawka i to przeważyło. I takim sposobem całe życie przepracowałem na kolei choć nie na Śląsku, lecz w Inowrocławiu.
Mimo wszystko, dwuletnią przerwę w życiorysie, jak się wtedy mówiło, wspominam dziś i zawsze wspominałem bardzo pozytywnie i przyjemnie.
Dziś gdy to piszę weszła ustawa, która znosi w czasie pokoju obowiązek czynnej służby wojskowej. Rzecz nie do pomyślenia jeszcze w latach dziewięćdziesiątych.

***
zdzisia Moja Zdzisia - Każdy ma swoje przeznaczenie. Moim przeznaczeniem było iść na prywatkę imieninową do Zdzisławy, koleżanki mojej sąsiadki, której na imię było też Zdzisława i która akurat czasowo, z powodu zimy mieszkała w domu Nauczyciela w Zaryniu, ponieważ było bardzo śnieżnie i mroźno a ona dojeżdżała do Inowrocławia do szkoły. Prywatka była w porządku, było nas kilkoro i wszyscy świetnie bawiliśmy się. Na tej prywatce poznałem swoją żonę Zdzisię. Postanowiliśmy spotykać się. Na początku spotykaliśmy się dosyć rzadko bo pracowałem na Śląsku i raz w tygodniu tylko przyjeżdżałem. Jednak przeznaczenie nam dopomogło, miałem wypadek w pracy, złamałem sobie palec u lewej ręki, dostałem siedem tygodni zwolnienia lekarskiego, przez co mieliśmy dla siebie więcej czasu.
I tak nasza znajomość przerodziła się w miłość i zaowocowała pójściem do ołtarza. Od chwili poznania się do ślubu upłynęło zaledwie sześć miesięcy, podczas których spotykaliśmy się, chodziliśmy na zabawy i w ogóle było cudownie. Postanowiliśmy się pobrać w wakacje, ponieważ moja żona Zdzisia była nauczycielką, więc była to odpowiednia pora do załatwienia różnych spraw, których było dużo z okazji naszej życiowej decyzji. Ślubowaliśmy w kościele parafialnym w Bronisławiu, było też przyjęcie weselne w domu panny młodej. A po ślubie był tydzień miodowy, a powinien być miesiąc ale tylko tyle miałem urlopu. W trzy miesiące po ślubie przeniosłem się ze Śląska do pracy na PKP w Inowrocławiu. Mieszkaliśmy w Zaryniu do 1977 roku. W tym czasie urodziło nam się troje dzieci, syn i dwie córki. W styczniu 1977 roku przeprowadziliśmy się do bloku spółdzielczego w Inowrocławiu. Nasze małżeństwo było i jest szczęśliwe. Dzieci się nam wykształciły. Mamy trzech wnuków i oczekujemy jeszcze wnuczki lub wnuka. Najmłodsza córka jest jeszcze panną.
My jesteśmy już na emeryturze i mamy nadzieję spokojnie dożyć swoich dni.
Uważam że to jest przeznaczenie moje i mojej żony.

pierwsza klasa Zaryń - Moja żona Zdzisia pracowała przez kilka lat jako nauczycielka w Zaryniu. Mieszkaliśmy w mieszkaniu służbowym. Ja dojeżdżałem do pracy w Inowrocławiu. Na pociąg miałem blisko, bo szkoła była parę kroków od stacji. Więc uciążliwość dojeżdżania była sporo złagodzona, bo nie trzeba było tracić czasu na dojście do pociągu. Inaczej rzecz się miała kiedy przez pewien czas mieszkaliśmy w Zielonce, gdzie Zdzisia była dyrektorką szkoły. Do stacji w Zaryniu było około trzech kilometrów i świątek, piątek, zima, lato trzeba było dojeżdżać. Wróciliśmy szybko z powrotem do Zarynia bo w Zielonce zlikwidowano szkołę z powodu braku dzieci.
Mimo dojeżdżania do pracy i tracenia z tego powodu dużo wolnego czasu wspominam pobyt w Zaryniu bardzo miło. Mieliśmy dobrych sąsiadów, można było porozmawiać, do rodziców miałem niedaleko, las, pola, woda. Miałem motocykl "WSK". Jeździliśmy tym motorem wszędzie. Do rodziców moich i żony, nad wodę, do lasu, do miasta, jednym słowem wszędzie. Potrafiłem zabrać na motor całą rodzinę.
Dzisiaj, z upływem czasu, śmiem twierdzić, że mimo braku udogodnień takich jak w mieście, życie na wsi jest bardziej barwne i urozmaicone. W mieście są wszelkie wygody, blisko do sklepów i urzędów ale brak znajomości i kontaktów z ludźmi, wszystko jest bardzo anonimowe. Znam ludzi ze swojej klatki i kilka osób z miasta. A na wsi każdy każdego zna. Ludzie są bardziej otwarci na siebie. Tak mi się wydaje, nie wiem, może nie mam racji, już 32 lata mieszkam w mieście, to może faktycznie nie wiem jak jest na wsi, pewno dużo się zmieniło.

***
Inowrocław - W styczniu 1977 roku przeprowadziliśmy się do bloku spółdzielczego w Inowrocławiu.
Odpadł problem dojeżdżania pociągami do pracy. Tu wszędzie blisko, do stacji dojeżdżałem autobusem, można pieszo lub rowerem w każdym bądź razie zaoszczędziłem trzy godziny straconego czasu na dojazdy.
Ale żona musiała iść na urlop wychowawczy bo nie było opiekunki dla dzieci na czas naszej nieobecności. Jednak po około dwóch latach, gdy najmłodsza córka dorosła do lat przedszkolnych, żona poszła do pracy. Nie ukrywam, że żyło się nam dość ciężko z tej jednej kolejowej pensji i gdyby nie pomoc teściowej to naprawdę było by ciężko. Teściowa pomagała nam od czasu do czasu materialnie, podrzucając kaczkę, kurę i inne rzeczy a czasami i pieniądze.
W każdym razie po pójściu żony do pracy nasz poziom życia znacznie podniósł się. Żona jednak nie wróciła do pracy jako nauczycielka z powodu braku etatu w mieście. Nie chciała dojeżdżać po za miasto. Znalazła sobie pracę w Banku Spółdzielczym, gdzie przepracowała do emerytury.
Mieszkamy w bloku spółdzielczym, wyodrębniona własność, na czwartym piętrze. Blok wygląda ładnie, bo niedawno został ocieplony. Przed ociepleniem wyglądał bardzo brzydko, nie był otynkowany, płyta betonowa ścian nośnych miała widoczne pęknięcia na zewnątrz. Ściany przemarzały. Po ociepleniu skończył się problem z przemarzaniem ścian. Kaloryfery odkręca się minimalnie a jest cieplej i ciszej. Ma też na to wpływ wymiana okien na nowe, które według starych są bardzo szczelne i dźwiękochłonne.
Po przeprowadzeniu się z Zarynia, byliśmy zachwyceni naszym nowym mieszkaniem. Wszystko nam się podobało, byliśmy w siódmy niebie. Poprzednie mieszkanie to jeden pokój i mała kuchnia, brak bieżącej wody, centralnego ogrzewania i toalety.
Jednak wkrótce nasza radość przygasła jak zaczęły się awarie. Przeciekał sufit, ściany pod parapetami. Non stop zalewane były piwnice ściekami i to przez kilka lat. Bywało, że woda stała w piwnicach i na korytarzu po kilka tygodni, a jednego roku w wakacje, w upalne lato poziom ścieków osiągnął prawie metr. W piwnicach zalęgły się komary. Trzeba było je wytruć bo żyć nie dały. Ale za czym do tego doszło wszyscy poznali co komar może. Cuda się działy, nawet regionalna telewizja raz przyjechała sfilmować ten nasz pachnący blok. Zalewanie piwnic było powodowane awariami przempompowni ścieków. Obecnie wody nie ma w piwnicach, odpowiednie służby starają się, kupili nowe wydajne, niepsujące się pompy. Małe awarie zdarzają się ale to zawsze może wystąpić, ważne by skutki usuwać.
W każdym bądź razie w piwnicach zapaszki zostały. Blok generalnie został spartolony. Komuna budowała szybko i jakkolwiek nie licząc się z tym że budują dla ludzi by im zapewnić wygodne i bezpieczne mieszkanie. Mieszkania można modernizować, byle nie ruszać ścian nośnych ale w piwnicach nic nie zrobi.
Jedynie można przestrzegać czystości i ładu a tu nie jest za dobrze jak i ze strony mieszkańców tak i administracji. Każą suszyć pranie w pralniach usytuowanych w piwnicach a one się do tego nie nadają. Najpierw trzeba by było wszystkie piwnice, a przede wszystkim pomieszczenia gospodarcze i korytarze doprowadzić do porządku.
Jak ktoś nie ma pieniędzy to musi mieszkać w bloku i dziękować Bogu za to co ma. Ludzie bogatsi budują sobie domy wolno stojące. Sami sobie mieszkają i robią co chcą, nikt im nie przeszkadza i nie rządzi.

***
Upadek komuny - Za komuny było lepiej, tak jeszcze dziś mówią niektórzy ludzie w Polsce, ponieważ w nowej Polsce zostali okradzeni przez dziki kapitalizm i dziką prywatyzację, którą zafundował nam Okrągły Stół, gdzie komuna dogadała się z opozycją i ustawiła się na długie lata. Przy niej ustawili się cwaniacy którzy uczestniczyli w transformacji ustroju. Co z tego że przeszliśmy do nowego ustroju bez rozlewu krwi ale za to z byłą komuną, która do dziś nam się panoszy, która polaków okradła i do dziś piastuje zaszczytne, wysokie stanowiska a tak się ustawili, że trudno ich ruszyć. Nagle mamy bogaczy którzy nie wiadomo w jaki sposób się wzbogacili, można tylko przypuszczać, mamy sędziów, pewno co trzeci to komuna i chcą rządzić a nie sądzić. W nowej Polsce jest bezrobocie, ciężko znaleźć pracę, są tego różne przyczyny. Zarobki są niskie, ponadto część ludzi pracuje na umowach śmieciowych lub też zupełnie pracują na czarno. A najgorsza jest niepewność jutra, bo dziś masz pracę jutro jej możesz już nie mieć.
Za komuny tego nie było, jeśli nie podpadłeś to miałeś pracę w firmie do emerytury, nie wyrzucali na bruk. Wysokość zarobków nie różniła się tak drastycznie jak dzisiaj, nie było tak wielkich kominów płacowych. Ludzie na średnich kierowniczych stanowiskach zarabiali trochę więcej od podwładnych, nie było tak że jeden zarabiał tysiąc zł a drugi sto tysięcy albo i więcej. W czasach komuny wszyscy mieli obowiązek pracować a jeśli ktoś się uchylał od pracy dostawał nakaz, więc ci z nakazu zatrudniali się, brali ubrania robocze, buty, pieniądze za sorty mundurowe, jeśli takie były, i po trzech miesiącach albo i wcześniej porzucali pracę, woleli nic nie robić, to byli tak zwani nieroby, lubili nic nie robić i dzisiaj może też są, z tym że dzisiaj nikt nie namawia do podjęcia pracy. Ja pracowałem na PKP a żona w banku spółdzielczym była kasjerką, nie biedowaliśmy, na jedzenie, ubranie, i opłaty za mieszkanie i media starczyło, skromnie, bo skromnie ale starczyło, a mieliśmy przecież troje dzieci. Pieniędzy zawsze było tyle by jakoś żyć, o luksusach i rozrywkach nie było mowy a od połowy lat siedemdziesiątych trudno za te pieniądze było cokolwiek kupić. Zaczęło brakować produktów w sklepach, najpierw brakło cukru, wprowadzili kartki na cukier, potem na mięso, a w końcu na obuwie. Zakłady pracowały pełną parą i od czasu do czasu jeszcze po godzinach w czynie społecznym i gdzieś to wszystko znikało. Podobno większość produkowanych w Polsce towarów wysyłano do wielkiego brata jakim był ZSRR a żeby było śmieszniej to ludzie radzieccy mówili że u nich by było dobrze ino muszą żywić i ubierać Polaków.
Tak więc, cukier, mięso, wędliny, wódka, buty na kartki a reszta artykułów na wydział, po jednej sztuce na osobę, do sklepu szły całe rodziny w momencie dostawy towaru. Jeśli chodzi o mięso to było w różnych gatunkach, wieprzowina i wołowina, najgorsze było wołowe z kością, tego nawet psy nie bardzo chciały żreć.
Kupowały nawet maluchy trzymane na rękach przez matki, praktykowane to było na przykład przy kupowaniu herbaty, kawy i innych rzeczy. Był okres, że nie można było kupić papierosów, ludzie skręcali sobie skręta z tytoniu jeśli udało się kupić. Papier toaletowy był wielkim deficytem, rolka papieru niedługo by się zamieniła w środek płatniczy, zaczął nieformalnie obowiązywać handel wymienny a z tym szerzyła się korupcja. Było też tak, żeby kupić pralkę lodówkę, jakieś meble, trzeba było się dowiadywać kiedy będzie dostawa i stać trzy dni w kolejce. Z tymi kolejkami było różnie, jak ktoś miał znajomego to stali na zmianę, można też było opłacić kolejkowicza. Trochę lepiej wyglądało zaopatrzenie na Śląsku, więc z centrali po pralki, lodówki jeździli na Śląsk. My też przywieźliśmy pociągiem ze Śląska lodówkę Mińsk a kupił nam brat który mieszka w Gliwicach.
Co z tego że była praca skoro za zarobione pieniądze nie można było zrobić normalnie zakupów. Były kartki ale aby kupić na nie też trzeba było jeszcze trafić na dostawę a inne towary, istna łapanka. Było nienormalnie! gierek
A I sekretarz tow. Gierek tylko krzyczał pomożecie! A klakierzy odpowiadali pomożemy i tak pomagali że Gierek zmuszony został do dymisji razem z biurem centralnym ale to był jeszcze nie koniec socjalizmu w Polsce. W końcu ludzie nie wytrzymali przyspawali parowozy do szyn w Lublinie bo wszystko wywoziły do Ruskich bo tam była Olimpiada i Polska musiała dostarczyć artykuły żywnościowe i inne. Olimpiada w ZSRR przyczyniła w znacznym stopni do obalenia komuny ludzie już mieli dosyć. W rezultacie strajków na wybrzeżu powstały 31 sierpnia 1980 roku Nowe Niezależne Związki Zawodowe "Solidarność", które przyczyniły się do zwolnienia Gierka.
13 grudnia 1881 roku wprowadzono stan wojenny Zawieszono działalność związków zawodowych a władzę w Polsce formalnie przejął generał Wojciech Jaruzelski. Gierek z Jaroszewiczem zostali internowani oraz setki działaczy Solidarności. Na początku stanu wojennego były wprowadzone bardzo ostre restrykcje, później złagodzone.
Przypomniało mi się wydarzenie z tego okrsu. Żona wysłała mnie z kartkami po zakupy do sklepu mięsnego, poszedłem, stanąłem na końcu wielkiej kolejki ale ta kolejka była jakaś, gruba, nieuporządkowana, przyszło by mi stać ze dwie godziny ale nastąpiło nieoczekiwane wydarzenie. W tej kolejce ludzie tak zaczęli napierać na ladę, że aż zaczęła trzeszczeć i panie ekspedientki kazały jednej, starszej klientce iść na zaplecze i zadzwonić na milicję Przyjechało dwóch milicjantów, bardzo rosłych, barczystych chłopów, przyjęli postawę jak esesmani, w rozkroku, popatrzyli, jeden machnął ręką i rozdzielił kolejkę na połowę i tej połowie z przodu, co stali przy ladzie, kazał stanąć z tyłu. Podniósł się wielki lament ale milicja miała swoje zdanie, najbardziej czuła się poszkodowana ta starsza pani, co wezwała policję, ją też wyrugowali z kolejki, doszło do tego że z wściekłości zemdlała i musiało przyjechać pogotowie. Docucili ją i w drodze wyjątku zrobiła zakupy po za kolejnością. Ja bardzo na tym zamieszaniu skorzystałem, znalazłem się stosunkowo blisko kasy. Tych dwóch milicjantów naprawdę zachowywało się jakby byli panami świata, nie dali sobie nic wytłumaczyć, scena jak z filmu z udziałem esesmanów.
Niech mi ktoś powie, że za komuny było lepiej to ja odpowiem, że wolę mieć mniej pieniędzy i swobodnie zrobić zakupy. Cóż z tego, że była praca, pracowaliśmy ale chyba dla ruskich, i gdyby się ten ustrój utrzymał do dziś to w Polsce nie było by takich samochodów, telewizorów, w ogóle by nie było postępu. Jeśli chodzi o samochody, to stary, kilkuletni samochód kosztował dwa razy więcej niż nowy, bo nowych było za mało. Nie było wtedy wolnego, nieograniczonego handu a z zachodem obowiązywała żelazna kurtyna, co z zachodu to przeżytek i zgnilizna burżuazyjnego imperializmu. Przeciętni obywatele nie mogli wyjeżdżać za granicę i kupować tam towary, nie było przyzwolenia, tylko co niektórym się udało, czego nie można powiedzieć o elicie rządzącej, im towary z zachodu nie śmierdziały zgnilizną i chętnie się nimi otaczali za nic mając równość obywatelską jaka miała obowiązywać w komunizmie. Mieliśmy socjalizm i nic nie było. W komunizmie miało być wszystko bez pieniędzy, nawet łyżki do jedzenia, a jak by się złamała to mieli wymienić na nową. W komunizmie miało nie być żadnego prywatnego i osobistego majątku, tylko jakoś nie mogło to nastąpić bo nasi towarzysze z Warszawy cenili sobie prywatne luksusowe rzeczy i nie tylko krajowe, im było wolno mieć zagraniczne samochody. Wygląda na to że komunizm był w założeniu ale dla plebsu.

W sierpniu 1980 roku wybuchł na polskim wybrzeżu strajk, w wyniku tego strajku powstał Niezależny Związek Zawodowy "Solidarność".
Przewodniczącym został Lech Wałęsa. Związkowcy wynegocjowali 21 postulatów. Jednym z nich była rejestracja związku. Przyparta do muru władza "ludowa" godziła się na wszystko, gorzej było z realizacją. Większość postulatów uzgodnionych w Gdańsku trzeba było jeszcze raz wystrajkować. W efekcie co rusz wybuchały strajki. Władza nazywała je bezprawnymi, rujnującymi gospodarkę, zagrożeniem dla społeczeństwa. Od samego powstania związku "bratni" Związek Radziecki nazwał go bez ogródek kontrrewolucją. Nasza władza tak samo nazywała ale po cichu i wszystko robiła by mieć pretekst do zlikwidowania tego związku. Związek Solidarności, który głosił, że nie walczy z komuną tylko chce by miała ludzką twarz, w istocie rzeczy był zagrożeniem dla wielu ludzi trzymających władzę w Polsce i ślepo słuchających Kremla.
Chcąc ratować za wszelką cenę swoje ciepłe posady, pod pretekstem destabilizacji przez solidarność, oraz aby uniknąć rzekomo wkroczenia wojsk radzieckich i paktu warszawskiego, ówczesny przewodniczący gen. Jaruzelski wprowadził w Polsce stan wojenny. Do dziś nie rozstrzygnięto jednoznacznie czy była groźba interwencji radzieckiej.
stan wojenny Stan wojenny wprowadzono z soboty na niedzielę o północy, przedtem aresztowano wszystkich znaczących przywódców związkowych i innych oponentów przeciwko władzy ludowej. Zerwana została łączność komunikacyjna ze światem. Do południa w niedzielę nie nadawała telewizja ani radio. pierwsze programy to było ogłoszenie o stanie wojennym. Ulice patrolowało wojsko. Wprowadzona została godzina policyjna, zakaz wyjeżdżania bez pozwolenia za obszar meldunkowy. Takie obostrzone restrykcje trwały parę miesięcy. Zdarzyło mi się pracować pod przymusem, niby w wolnej Polsce, w pierwsze i drugie święto Bożego Narodzenia. Kolej została zmilitaryzowana i trzeba było iść do pracy by nie stracić pensji i narazić się na niewiadome sankcje. A sankcje bywały przykre, nawet zamykali w więzieniach z błahych powodów, a ludzi solidarności i innych uznanych za niebezpiecznych internowano. Dobrze, że nie wywieźli ich na Sybir, bo już by nigdy nie wrócili, tak jak polscy oficerowie z Katynia. Najbardziej dziwiła się moja córka Ania, która chodziła do przedszkola, co to za wojna jak nie ma Niemców. Jednego razu zapytała mamę, mamo wojna jest a gdzie Miemcy? Miała wtedy 3 lata i jeszcze dobrze nie wymawiała słowa Niemcy ale oglądała już filmy wojenne, Czterech Pancernych i Pies i kojarzyła sobie wojnę z Niemcami.
Stan wojenny został zawieszony 31 grudnia 1982 a zniesiony 22 lipca 1983 roku. Mimo wprowadzenia stanu wojennego komuna się nie ostała. Władzę stracili już podczas wyborów czerwcowych w 1989 roku. Był to sejm kontraktowy. Solidarność przyznane miała 160 mandatów w parlamencie, i zdobyła 159 a w senacie na 100 miejsc zdobyła 92, senat nie był objęty kontraktem co do ilości mandatów. Był to sejm 10 kadencji PRL i ostatni.
Pierwsze wolne wybory parlamentarne po drugiej wojnie światowej w Polsce odbyły się 27 października 1991 roku a pierwsze powszechne wybory prezydenckie w grudniu 1990 roku i prezydentem został Lech Wałęsa.
Jaruzelskiemu nie pomógł stan wojenny, władzę musiał oddać, ale przedtem uczynił Polsce dużo szkody.
Komuna w Polsce faktycznie upadła 04. 06. 1989 roku.

***
kościół Budowa kościoła - W 1977 roku piastowskie osiedle należało jeszcze do parafii św. Mikołaja. Budowę kościoła na naszym osiedlu przy ulicy Jagielońskiej rozpoczęto w 1982 roku. Od razu też powstała parafia pw. Św. Ducha. Msze odprawiały się w prowizorycznych pomieszczeniach, w Betlejemce, w baraku i pod schodami nowo budowanego kościoła, w miarę postępu budowy, co jakiś czas, msze święte odprawiane były w innym miejscu. Teraz mamy nowy kościół, który widać z okna bloku i słychać przy sprzyjającej pogodzie śpiew proboszcza. Kościół został zbudowany z dobrowolnych składek zbieranych na tacę raz w miesiącu oraz wpłat przez różnych sponsorów. Większość robót wykonali sami parafianie, ja też miałem swój udział. Dokładnie nie pamiętam ile razy byłem, ale sporo. Woziłem taczkami cement, obmurowywałem ławę (fundament), robiłem zbrojenie na dachu, przybijałem deski. Część robót musiało być wykonane przy użyciu sprzętu specjalistycznego. Jednak w każdej fazie budowy oprócz fachowców byli zwykli parafianie. Będąc raz przy budowie dachu nad częścią schodową, przed wejściem głównym do wnętrza świątyni spowodowałem wypadek, który dosyć groźnie wyglądał. Układałem tam deski na kozły i przybijałem je gwoździami. Ostatnią deskę trzeba było wbić na siłę. Wbijałem ją młotkiem, rękę miałem już zmęczoną i przy którymś uderzeniu nie trafiłem w czoło deski, młotek wyślizgnął mi się z ręki i uderzył robotnika w czoło, był to robotnik nadzorujący te prace. Był brygadzistą i nie zachował ostrożności, podglądał jak mi idzie to dobijanie deski i nie przewidział tego zdarzenia a pretensje do mnie miał wielkie, groźnie to wyglądało. Człowiek osunął się na mur i zalał się krwią, okulary mu się stłukły, zamroczyło go na moment. Sprowadzili go na dół i już do południa na górze się nie pojawił. Na szczęście nic groźnego się mu nie stało . Idąc do domu widziałem jak wydawał kawę do picia i zapisywał obecność ludzi, którzy w tym dniu byli na budowie. Ludzie pracujący przy budowie byli zapisywani do księgi historii budowy kościoła.
Kościół został konsekrowany 18. 05. 2008 roku. Nadal jednak jest jeszcze dużo do zrobienia, i myślę, że za mojego życia nie wszystko jeszcze zostanie zrobione.
Jednak z roku na rok nasza świątynia pięknieje. Mamy założoną marmurową piękną posadzkę, można się w niej przejżeć. Piękne, złocone Tabernakulum i kilka obrazów. Całość na tle jeszcze zupełnie białych ścian już wygląda interesująco.
Pozostały jeszcze do wykończenia schody wejściowe, obecnie są wykonane z samego cementu i to nie ciekawie wygląda a jedyny plus to to, że są mniej śliskie.
Na pewno jeszcze przez długie lata będą wykonywane prace upiększające, stosowne do tego kościoła.

***
                         Nasz staw rok 2008
nasz staw Nasz staw
W tle widok na sąsiada, jest on obecnym właścicielem tego stawu i części naszego byłego gospodarstwa. Za moich młodych lat ten staw był zadbany, czyszczony i pełen wody a na jesień woda występowała z brzegów stawu i zalewała przyległą łąkę, tworząc duże rozlewisko. Zimą to wszystko zamarzało i było lodowisko na którym graliśmy z kolegami w hokeja, a latem można było się w nim kąpać, łowić ryby i wieczorami słuchać żabich koncertów. Kiedyś były takie okresy że przez dwa miesiące, lipiec, sierpień rzadko padał deszcz i były wielkie upały, wtedy staw wysychał bo był w nim metrowy muł. Ojciec starał się wtedy ten muł usunąć ale nie szło, bo bardzo szybko napływała woda gruntowa, pod mułem był piasek i woda z dna wybijała. Gospodarstwo a z nim staw zostało oddane na skarb państwa za emeryturę rolną, poszło w obce ręce i staw zaczął zarastać z powodu nie czyszczenia i mniejszych opadów a resztę zrobiła kopalnia odkrywkowa węgla brunatnego. Dzisiaj w okolicy wszystkie stawy i kanały wyschły, tak samo zaczęły usychać olchy i brzozy.
Mam dużo miłych wspomnień z tym stawem ale były też i mniej miłe, na tym stawie topiła się sąsiadka, dwa lata młodsza o de mnie a ja wtedy miałem chyba sześć lat. Ojciec ją uratował, dobrze, że był w domu, bo jakoś inni dorośli tzn. kobiety tylko krzyczały zamiast wejść i ją wyciągnąć. Trochę było głęboko a lud był kruchy, marcowy, pod nogami ojca się łamał. Sąsiadka została uratowana i miała być synową ojca, ale syn słabo się starał. Dziś patrząc na ten staw serce się kraje jak można było dopuścić do takiej degradacji.

***
Świat mi się - zawalił w dniu 09. 06. 2010 roku, Zdzisia była w szpitalu, miała mieć w tym dniu operację usuwania woreczka żółciowego. Niby nic, jak się wydaje prosty zabieg, niestety tym razem tak nie było. Po południu pojechałem zobaczyć jak Zdzisia czuje się po operacji. Zdzisia była zaniepokojona bo nie dostała po operacji kamieni i zabieg według niej trwał zbyt krótko. Postanowiłem iść do lekarza i porozmawiać. To co usłyszałem wprowadziło mnie w stan przerażenia. Lekarz powiedział, że jest bardzo źle, chora ma guza złośliwego przerzutowego na wątrobie i nie można operować. Pobrali wycinki do biopsji i zaszyli, wyniki badania wycinków potwierdziły to co widział lekarz. Nie mogłem się uspokoić. Po uspokojeniu poszedłem do Zdzisi ale nie mogłem jej powiedzieć co jej jest. Powiedziałem, że teraz nie daje się kamieni pacjentowi. Po trzech dniach lekarz uświadomił Zdzisię o stanie jej zdrowia. Mówiła mi że nie zbyt się przejęła, trochę jednak ją walnęło, ukłuło, jednak lekarz ją zaraz uspokoił, że będzie leczona w centrum onkologii i potem może mieć operację usunięcia płata wątroby, tylko musi trochę rozległość tego raka się zmniejszyć bo w tej chwili jest to nieoperacyjne.
Szpital dał skierowanie do Centrum Onkologicznego w Bydgoszczy. Pojechaliśmy tam sami, w szpitalu pracuje nasza córka Ilonka więc mieliśmy ułatwione zadanie, wiedzieliśmy jak się poruszać po tym wielkim szpitalu, trzeba powiedzieć, że większość spraw Ilonka załatwiła za nas. Wszelkie potrzebne badania zostały wykonane w tym centrum i Zdzisia dostała sześć cykli chemii, jeden cykl to trzy dni brania i trzy tygodnie przerwy. Cztery chemie pobrała, następne dwie mogły już tylko przyspieszyć śmierć.
Czas jej choroby przeżyłem strasznie i dziś jeszcze przeżywam jak sobie przypomnę pewne momenty z jej życia w ciągu tych ostatnich miesięcy i dni. Trzeba powiedzieć, że Zdzisia była bardzo dzielna, nie narzekała, nie biadoliła na swój stan, miała nadzieję, że ta chemia jej pomoże i wyjdzie z tego. Była bardzo silną optymistką, napawała otuchą mnie i dzieci, prawie uwierzyliśmy, że jej się uda. Starała się nie pokazywać, że się martwi i że ją boli. I tylko te oczy, ja widziałem jakie były smutne i nie zapomnę do końca moich dni. Od czerwca do września żyła prawie że normalnie, chodziła na spacery, w ogóle normalnie funkcjonowała, pomimo że walczyła ze skutkami chemii, jednak rak w ciągu jednego miesiąca zrobił swoje. Październik był krytyczny głównie pod koniec i w listopadzie. 08. 11. 2010 nad ranem około 4 : 00 odeszła z tego świata. Ostatnie kilka dni była na oddziale paliatywnym w szpitalu, całe dnie tam byłem a ostatnie dni i noce dyżurowaliśmy koło łóżka. Chcieliśmy być wszyscy w chwili jej śmierci przy łóżku. Jednak tak się nie stało. Przez całą niedzielę w dzień byliśmy przy niej, nie przeczuliśmy by już tej nocy mogła umrzeć i na dyżurze została najmłodsza córka Ania. I to ona była przy jej śmierci. Ja dojechałem do szpitala w 10 minut po jej skonaniu. Umarła w kilka sekund od chwili zauważenia przez Anię, że dzieje się coś niedobrego. Podczas umierania nie cierpiała, ale czy naprawdę to nie wiadomo. Co czuła to nikt nie wie, nie okazywała cierpienia fizycznego ani duchowego przy nas. Była zaopatrzona we wszystkie możliwe środki przeciwbólowe ale jakiś ból musiała czuć, jeśli ją bolało coś bardziej niż zwykle to dostawała dodatkowe leki.
Rak doprowadził do tego, że ostatnie dwa tygodnie nic nie mogła jeść, żyła tylko na herbatce, wodzie i kroplówkach ze środkami przeciwbólowymi. Słaba była ale przytomna, dopiero trzy dni przed śmiercią zapadła w dziwny stan. Najgorzej było w nocy z czwartku na piątek, ja wtedy byłem przy niej całą noc, majaczyła, musiałem wyciągać ją z dołu, mówiła no wyciągnij mnie z tego dołu, no wyciągnij mnie z tego dołu, albo suknie, suknię szybko, lub Krzysiu śpij i inne. Podciągnąłem ją trochę do góry, i wydawało mi się że się uspokoiła, mogła uznać że ją wyciągnąłem. Następne noce z piątku na sobotę i z soboty na niedzielę była spokojniejsza. A w niedzielę rano o godzinie 7 : 00 obudziła i była przytomna, rozmawiała, choć przychodziło jej to z trudem, i nie wszystko można było zrozumieć. Wszystkich nas miała koło siebie. Pożegnała się z nami a my nie przypuszczaliśmy, że to już ostatni raz! W poniedziałek około czwartej nad ranem obudził mnie ostry głos "Rysiu", tak dokładnie nie wiem czyj to był głos jednak faktem jest, że w chwili Jej śmierci ten głos mnie obudził. Wstałem, przeszedłem się po mieszkaniu i zastanawiałem się czy dzwonić do szpitala, uznałem jednak, że jakby się coś działo to by Ania zadzwoniła. Położyłem się z powrotem spać i jeszcze dobrze nie zdążyłem położyć głowy na poduszkę zadzwoniła Ania płacząc. Już wiedziałem, nie kazałem jej nic mówić tylko biegiem ubrałem się i do samochodu. W dziesięć minut byłem w szpitalu, jeszcze wyglądała jak żywa. I tu pożegnałem się z nią ostatni raz i Ania też. Popłakaliśmy sporo, ale trzeba było zabrać wszystkie rzeczy i jechać do domu. Zostałem sam, kochana osoba z którą przeżyłem przeszło 41 lat odeszła, trudno się z tym pogodzić. Nikt jej nie zastąpi!

***
Dzieci - zostały bez mamy, a ja bez żony. Zostałem w domu sam. Tak się złożyło, że dzieci mieszkają zdala ode mnie. Mam syna i dwie córki, trzech wnuków, jedną synową i zięcia. Najmłodsza córka jest jeszcze panną.

          Wojciech
wojtek Jest żonaty z Agnieszką i mają syna Tymoteusza. Wojtek urodził się jak mieszkaliśmy w Zaryniu, gdzie żona była nauczycielką. Moi rodzice mieszkali 4 kilometry od Zarynia więc często ich odwiedzaliśmy. Miałem wtedy motocykl WSK i jak było ciepło jechaliśmy nim do dziadków. Zdarzyło się tak, że żona była w wakacje na kursie a ja zostałem sam z synkiem, który miał trochę więcej niż rok. Kombinowałem jak by tu się dostać do dziadków i wykombinowałem, że wezmę go na motor przed siebie, ale nie byłem pewny jak on zachowa się i czy to będzie możliwe. Jednak siedział pewnie i po jakimś czasie próbował nawet kierownicą kierować. Więc niejednokrotnie jeździłem tylko z Wojtusiem. Już miał zadatki na kierowcę. Dziś ma samochód, jest dobrym kierowcą.
Jeździłem z nim bardzo ostrożnie, w ogóle byłem ostrożny, szybciej nie wszedłem do domu jak się nie upewniłem, że niebezpieczne przedmioty zostały schowane, by przypadkiem Wojtuś nie zrobił sobie krzywdy, aby nie doszło do wypadku.
Dziadkowie lubili wnuków. Wojtusia tym bardziej, bo to był ich pierwszy. Więc go rozpieszczali. Jak odjeżdżaliśmy do domu to babcia Wojtusiowi zawsze coś dawała, czasami jajeczko, czasami kurczaczka, różne rzeczy... Jak dostawał jajko to na jednym się nie obyło wołał drugie to taty i jeszcze do mamy, zresztą wszystko tak chciał. Myśmy się wstydzili bo wyglądało to tak jak byśmy go namawiali a on sam z siebie taki był zapobiegliwy.
Chodził z nami, a przeważnie z mamą do sklepu po zakupy, zawsze musiał mieć kupioną czekoladę, ale jej specjalnie nie jadł. Głównie ja ją zjadałem. Miał kupiony mały, zielony rowerek męski, z podporami przy osi tylnego koła. Jeździł na nim, ale w końcu przyszedł czas, to znaczy my rodzice tak uznaliśmy, by jeździł na dwóch kołach. Było przy tym trochę niezwykłej gimnastyki. Musiał wsiadać z lewej nogi a prawą przerzucać przez siedzenie, bo to był męski rowerek, i na początku mu to nie szło. Jak wsiadł to nie umiał zsiąść i tak długo jeździł aż się przewrócił. Raz tak się wkurzył po upadku, że rzucił tym rowerem o płot. Widzieliśmy to z żoną przez okno. Jednak po jakimś czasie dosiadł znowu tego roweru i normalnie udało mu się zatrzymać i był bardzo zadowolony. Różnych takich zabawnych sytuacji we wczesnych latach dzieciństwa miał więcej. Nie wszystkie pamiętam. On na pewno też nie, bo miał mało latek. Późniejsze lata to już nie takie zabawne sytuacje. Nauka, koledzy, świat się zmieniał i dzieci też. Trzeba powiedzieć był dobrym chłopcem, choć trochę upartym. Albo mi się tak wydawało. Po podstawówce poszedł do technikum i nosił długie włosy a mnie się to nie podobało. W końcu poszedł do fryzjera, nic nie mówiąc nikomu a jak wrócił to go nie poznałem.

            Ilonka
ilonka Jest magistrem pielęgniarstwa, zrobiła specjalizację onkologiczną, ma skończone zarządzanie, robi doktorat. Jeździ samochodem, jest kobietą co to wszystko umie zrobić, nawet to co powinni robić mężczyźni.
Będąc w wieku szkolnym miała różne zainteresowania. Przez jakiś czas zajmowała się homikami. Pomagało jej w tym rodzeństwo, Wojtek i Ania. Przez jedną zimę w domu był jeż. Dostali go od wuja Jurka, który wykopał go koparką podczas czyszczenia ostojników w cukrowni a że była to już późna jesień to mógł tylko w domu przezimować. Cała trójka zajmowała się nim. Jeż całe dnie spał a jak zrobiło się ciemno to wyłaził z kąta i urządzał sobie spacery po mieszkaniu i strasznie tupał. Prychał gdy wyciągało się do niego rękę. W końcu tak się oswoił, że nawet z ręki wziął jedzenie. Jednego razu wróciliśmy skądś wieczorem i otworzyliśmy balkon by wywietrzyć mieszkanie a jeż wszedł na okap balkonu i spacerował cztery piętra nad ziemią. Okap był tylko tak szeroki ile zajmował Kuba, tak na niego wołaliśmy, więc szedł w jednym kierunku i cofał się tyłem bo nie umiał zawrócić, wyczuwał przepaść. Krzyku było co nie miara, musiałem założyć skórzane rękawiczki i sięgnąć Kubę. Żona i trójka dzieci trzymała mnie za nogi a ja się przechyliłem i sięgnąłem zwierzę. Jak by spadł to dopiero by była tragedia, a ja bym był winowajcą, chociaż nie pamiętam kto otworzył balkon. Na wiosnę zawieźliśmy jeża na wieś i puściliśmy dziadkowi w ogródek. Ilonka miała też psa Cezara, dostała go od wuja Stanisława. Pies ten był bardzo mądry, przywiązany do rodziny i my wszyscy do niego. Był z nami pewno ze sześć lat i zachorował bardzo poważnie, tak że nie było ratunku dla niego. Potem Ilonka przynisła skądś jeszcze jednego, nazywał się Niger, bardzo szybko rósł i już po pół roku nie mógł się zmieścić w kuchni, wydaliśmy go na wieś. Po wydaniu Nigra przyniosła kotkę, małego kociaka, którą nazwała Mania. Była strasznie niedostępna, jak chciała sama wejść na kolana to weszła ale nie można było jej pogłaskać, chyba że dała przyzwolenie. Najbardziej tolerowała Ilonkę. Z tą kotką też były przygody kilka razy spadła z czwartego piętra i nic jej się nie stało. Pierwszy raz spadła jak była mała i jeszcze parę razy jak już była duża, przechodziła po parapetach z pokoju do pokoju i pośliznęła się na pierzynie rozwieszonej na balkonie. Za każdym razem schodziłem i przynosiłem do domu. Była u nas około czterech lat. Potem zmieniła właściciela, bo Ilonka wyszła za mąż a kotką nie miał się kto odpowiednio zająć i stała się kłopotliwa. U nowych właścicieli kociła się kilka razy, miała kotki, które ludzie zabrali sobie do domu na wychowanie.
Ilonka jest mężatką, ma męża Wojciecha i synów: Radka i Krzysia. W domu mają żółwia stepowego i kota persa "Tofika".

              Ania
ania Ania pracuje na Uniwersytecieim Mikołaja Kopernika w Toruniu. W lutym 2011 roku w rocznicę urodzin Mikołaja Kopernika odebrała Dyplom Dr Biologii. Urodziła się 13 lutego i jak widać trzynastka nie jest dla niej pechowa, raczej wszystko układa się po jej myśli.
Jest jeszcze panną. Jakoś nie spieszno jej do zamążpójścia. Ma fajnego chłopaka i byłbym rad gdyby zalegalizowali ten związek. Jeśli chodzi o ciekawe, śmieszne wydarzenia z jej dzieciństwa to było kilka takich, które pamiętam. W stanie wojennym myślała że w Polsce są Niemcy. Chodziła wtedy do przedszkola i widząc na ulicach patrolujących żołnierzy strasznie się dziwiła, że nie ma Niemców, wojna jest a Niemców nie ma.
W przedszkolu miała wypadek, ktoś popchnął ją na tablicę i zwichnęła rękę. W szpitalu zrobili prześwietlenie i stwierdzili że tylko potłuczenie ale na zdjęciu gołym okiem było widać zwichnięcie, porównując zdjęcie prawej i lewej ręki. Zawieźliśmy ją do Mątew i tam gospodarz boiska sportowego nastawił jej rękę. Wszystko dobrze się skończyło. Jakiś czas później ja złamałem sobie rękę w nadgarstku, częściowe złamanie. Po prześwietleniu włożono mi w gips. Po założeniu gipsu ból nie ustąpił i też zdecydowałem jechać do tego nastawiacza. Ania jak usłyszała to koniecznie chciała ze mną jechać, zobaczyć jak tata będzie płakał przy nastawianiu ręki. Oczywiście pojechała ze mną i mamą by zobaczyć czy będę płakał. Płakać nie płakałem ale nastawianie bardzo bolało, okazało się że oprócz złamania też było zwichnięcie, wybicie, kciuka. Po nastawieniu ból szybko ustąpił.
Będąc jeszcze w wieku przedszkolnym umyśliła sobie, że pójdzie na kawę do restauracji, którą akurat otworzyli w pawilonie koło naszego bloku. Przez kilka dni chodziła za mamą i wołała pieniędzy bo chce iść na kawę. Mama jednak nie dała pieniędzy i na kawę nie poszła.
Uczyła się dobrze, tzn. specjalnie nie przykładała się do nauki ale w razie potrzeby potrafiła się zmobilizować i dziś pracuje, jak już wyżej wspomniałem, na Uniwersytecie UMK w Toruniu. Wykłada matematykę, pomimo że skończyła biologię.
To tyle o dzieciach. Za dużo nie napisałem, bo dużo zdarzeń już się zatarło.

***

wnuki Wnukowie
Mam czterech wnuków, Radosława, Krzysia, Tymoteusza i Ignacego. Radek i Krzysiu są od Ilonki i Wojciecha Polasik, Tymoteusz od Agnieszki i Wojciecha Ponikierski oraz Ignacego od Ani i Jacka. Wnuk Ignacy urodził się Szkocji, w mieście Glasgow, jest najmłodszym wnukiem i dzieli go duża rożnica wieku od Tymka, Radka i Krzysia.

 

***

Babcia - rodzinny W budynku prostokątnym mieszkała moja mama ze swoim rodzeństwem i rodzicami. Ten dom kwadratowy pobudował wujek Lucek jak już byłem dorosły a babcia mieszkała w tym czasie w Stargardzie.

Na zdjęciu babcia i miejsce zamieszkania babci »   

Nasza babcia mieszkała niedaleko nas, jakiś kilometr drogi na skróty przez łąki, mama zawsze mówiła, że na Belnach, bo tak kiedyś mówili na to miejsce, a faktycznie to była Synogać, ino że gospodarstwo było oddalone sporo od wsi i znajdowało się pod lasem na który mówili beliński, bo po drugiej stronie lasu była miejscowość Belny, więc szło się na Belny.
Ale ja i moje rodzeństwo nie używało tego zwrotu, myśmy mówili, że idziemy do Babci. Dziadek zmarł w 1949 roku, nie znaliśmy go, ja zapamiętałem jego czapkę i laskę jak raz przyszedł do nas gdy miałem trzy lata, moja mama potwierdziła, że to co im opowiedziałem na temat dziadka to rzeczywiście pokrywa się z prawdą, był to mglisty obraz tego co mnie najbardziej widocznie interesowało u dziadka. Dziadek nosił czapkę maciejówkę (była to czapka z czarnym twardym daszkiem), czapka i laska to dla mnie cały Dziadek.
Tak więc Babcia została sama z synami na gospodarstwie. Gospodarzył wujek Lucek, byli jeszcze z nią wujek Heniek, Marian i Kazimierz.
Najstarszy syn Tadeusz, moja mama i ciocia Zenka usamodzielnili się jeszcze przed śmiercią dziadka. Heniek i Marian po odbyciu służby wojskowej pożenili się i wyprowadzili od Babci. Kazimierz był tylko starszy ode mnie o cztery lata i raczej był kumplem niż wujem. Kilka lat Babcia i Kaziu pomagali Wujkowi w gospodarstwie, jednak ze względu na stan zdrowia babcia wyjechała do syna Heńka, który mieszkał w Stargardzie i tam też wcześniej przed Babcią wyjechał Kazimierz.
Bardzo lubiłem chodzić do Babci a że nie było daleko to jak mnie naszła chęć to przez łąki i w parę minut byłem u celu. U Babci czułem się bardzo dobrze, była wspaniała atmosfera, Babcia dogadzała wnuczkom jak mogła, zawsze lepsze jedzenie, pogłaskała, pochwaliła. Babcia lubiła chodzić na grzyby, które rosły w lesie koło nas, wiec miała po drodze i zawsze idąc z lasu wstępowała. Wstępowała nie tylko idąc z grzybów, przychodziła również w odwiedziny bez specjalnej okazji, wtedy byliśmy wszyscy szczęśliwi. Chodziłem do do Babci bo miałem taką potrzebę a przy okazji spotykałem wuja Lucka, on był tam gospodarzem a z Kaziem byliśmy kumple, znaczy się ja tak uważałem, ale on dawał do tego powody, wymyślał różne zabawy i hece, z których się można było uśmiać, różnica wieku czterech lat nieduża, jednak kiedy on stawał się dorosłym ja jeszcze byłem dzieckiem i to on miał ubaw ze mnie, ale było wesoło i przyjemnie. Kaziu lubił też czasami zakpić ze mnie. Jednego razu byłem na Belnach, Babcia poszła do miasta, mój młody wujek Kaziu wyciągnął z szafy litrową butelkę napełnioną jakimś ciemnym płynem, otworzył ją, wziął łyżkę do ręki, i mówi - Rysiu to jest trucizna otruję się, z początku nie wierzyłem, ale tak mnie przekonywał, nalał sobie, przymierzał aby wypić i obserwował moją reakcję aż w końcu uwierzyłem, że to trucizna i próbowałem odwlec go od tego zamiaru. Podkręcał napięcie i w końcu jednak postanowił się otruć, włożył sobie łyżkę z tą trucizną do ust a ja wrzasnąłem wtedy on powiedział Rysiu ty głupi to sok z jeżyn, który Babcia zrobiła i na dowód tego też dał mi spróbować. Takie trzymały się go żarty. Kaziu mając około 18 lat wyjechał do Stargardu, a Babcia za nim. Chorowała na serce i w Synogaci nie miała szybkiego dostępu do lekarzy, zresztą w tym czasie wujek Lucek był jeszcze kawalerem i tak naprawdę nie miała opieki, to ona opiekowała się wujkiem, dużo mu pomagała w pracy, choć nie musiała i to jej szkodziło, a w Stargardzie miała lepiej, lekarz blisko, w razie czego to zaraz pogotowie. W Synogaci zmarłaby o wiele szybciej. Noi miała przy sobie dwóch synów a Kaziu był najmłodszym i raczej chciała go mieć przy sobie. Zmarła mając 79 lat. Wszyscy Piekarscy z pokolenia Mamy pomarli żyje tylko wujek Marian.
Bez Babci nasze życie zrobiło się smutniejsze, nie było już tak jak przedtem, że o każdej porze, jak przyszła ochota to na Belny, owszem chodziliśmy do wuja Lucka, ale trochę jakby po interesie, a to pomóc mu przy młocce, albo kopaniu ziemniaków, trochę na zasadzie dobrych sąsiadów, oczywiście mając świadomość rodziny jak z naszej strony tak i wujka.
Kilkanaście razy byłem w Stargardzie u Babci i Kazia i wuja Heńka. Zanim Babcia dostała samodzielne mieszkanie w Bloku mieszkała u syna Heńka. W Bloku u Babci nie byłem, nie zdążyłem, umarła, nawet nie byłem na pogrzebie, bo nikt nie powiadomił, dowiedziałem się już sporo po pogrzebie. Jakiś czas po pogrzebie pojechaliśmy do Stargardu Szcz. i poszliśmy z żoną na grób Babci. W tamtych czasach nie było takich komunikatorów jak dziś, rzadko kto miał telefon stacjonarny a komórek nie było.

***
Opowieści mamy - Nasza mama bardzo dużo opowiadała nam co się działo u niej w domu rodzinnym a szczególnie o ojcu, naszym dziadku. Babcia jak wiadomo żyła i sama nam przekazywała różne wiadomości. Były w domu takie dni w których było mniej roboty, wtedy zbierało się nam na różne wypytywanie a rodzice chętnie opowiadali. Lubiliśmy opowieści o dziadku Piekarskim. Dziadek był człowiekiem niezbyt wysokim i tęgim ale za to energicznym i impulsywnym. Przykładem tego niech będzie przytoczony tu fakt: W owych czasach kopano torf na opał, który zalegał na niektórych łąkach pod warstwą ziemi, grubość pokładu była różna, żeby ją zbadać wpychali grabisko w ziemię, torf był miękki więc grabisko wepchnięte przez wierzchnią warstwę ziemi do torfu sunęło jak po maśle by zatrzymać się na gruncie poza torfem. Nasz tata raz poszedł pomóc dziadkowi przy kopaniu, byli też jego dorośli synowie i jednemu z nich dziadek kazał zbadać w którym miejscu jest torf, jednak grabie nie chciały wejść, dziadek zdenerwował się chwycił rodzice grabie i podskoczył wbijając grabisko na całą długość, okazało się że pokład był bardzo duży i warto było robić odkrywkę.
Najbardziej lubiłem słuchać opowieści o przygodach dziadka mających związek z posiadaniem fuzji. Przed 39 rokiem gospodarz mógł legalnie posiadać strzelbę do obrony własnej i swej posiadłości. Ta strzelba, jednorurka była bardzo celna podobno, tak twierdził mój tata, kilka razy uratowała gospodarstwo dziadków przed rabunkiem złodziei, których w tych czasach było bardzo dużo, okradali gospodarstwa i nie tylko. Kradli ziemniaki z kopców, bydło, trzodę i konie, wszystko co miało jakąś wartość. Jedni kradli z biedy a drudzy bo tak było im wygodniej żyć. Pewnego razu zimą w nocy pod podwórze podjechali wozem jacyś ludzie, przyszli pod dom i prosili by im otworzyć, ale nikt nie otworzył, więc zaczęli odkrywać kopiec z ziemniakami który był w pobliżu podwórza na polu. Widząc to przez okno dziadek wziął fuzję i po cichutku wyszedł z domu do stodoły i wystrzelił w kierunku złodziei, ci w popłochu odjechali i więcej już takie zdarzenie nie miało miejsca, widać złodzieje poinformowali się że tu nie warto kraść bo można zarobić solą. Ładunek dorobiony solą i wuśką końską był szczególnie niebezpieczny, nie zabijał ale rana nie chciała się goić i wymagała pójścia do lekarza, złodzieje nie chcieli się ujawniać i wielu przez to przypłaciło życiem.
Jednak raz dziadków okradli i to tuż przed świętami Bożego Narodzenia, w pokoju była pościel uprana, placki świąteczne, był wieczór domownicy siedzieli w kuchni, a złodzieje grasowali w pokoju, wszystko zabrali i nikt nic nie słyszał. Rano zorientowali się że ich okradziono. Na dworzu był śnieg, złodzieje zostawili ślady i dziadek postanowił ich wyśledzić. Złodzieje tak się obładowali, że po drodze część łupów zgubili, co jakiś kawał drogi dziadek coś znalazł i doszedł do mieszkania złodziei. Pranie oddali, placki prawie zjedli, bardzo mocno prosili dziadka by nie zgłaszał na policję, to już więcej nikt w życiu go nie okradnie i tak było. Dziadek im darował a złodzieje w dowód wdzięczności przestali go nękać.
Jak już wyżej wspomniałem dziadek miał fuzję i na temat tej fuzji i zdarzeń z nią związanych narosły legendy.
Legalnie strzelba służyła do obrony osobistej i gospodarstwa przed zakusami złodziei, ale dziadek też używał jej do kłusowania a to już nie było legalne. Z racji tego, że mieszkał pod samym lasem i około kilometra od innych zabudowań nie miał w pobliżu sąsiadów, więc jak miał ochotę na dziczyznę to wybierał się do lasu na polowanie. Polował na różną zwierzynę, ale z tego co mama opowiadała to najbardziej atrakcyjną zwierzyną były rogacze, samce sarny. Wytropił, zaczaił się i zastrzelił, raz tylko strzelał, bo przeważnie trafiał, ta jednorurka była ponoć bardzo celna, ale jak się zdarzyło, że od razu zwierzę nie padło i wydało głos, beczenie, to dożynał, nie strzelał drugi raz bo odgłosy strzału roznosiły się daleko i chociaż wieś była oddalona sporo to i tak tam słyszeli. Po usłyszeniu strzału, rano policja, która miała posterunek we wsi, przychodziła na przeszukanie, szukali fuzji, dowodu rzeczowego, bo przed wojną nie liczyły się poszlaki tylko dowody. Policja synogacka miała ustalony schemat szukania, powyrzucali słomę z łóżek i na tym się kończyło a fuzja nieraz stała za okiennicą lub w przedsionku za miotłą, ale jakby znaleźli do do ciupy. Trzeba jednak dopowiedzieć, że rano szukali tak by nie znaleźć a wieczorem przychodzili, pili i jedli i nie pytali skąd to jest. Jak Hitler we wrześniu 1939 roku podbił Polskę wydał nakaz by wszelką broń palną i białą oddać. Ale dziadek utopił ją w stawie, jednak dzięki naszym niemieckim policjantom, którzy jedli i pili u dziadka, musiał wejść do stawu i sięgnąć tę swoją kochaną fuzyjkę i oddać okupantowi.
Jednego razu nad ranem, około piątej, o rosie, dziadek wziął strzelbę i wyszedł by coś upolować, nagle zauważył borowego, więc złamał fuzję, wyjął zamek i obie części ukrył w krzakach, każdą innym miejscu. Borowy fuzję znalazł ale zamka nie, dowód miał ale było mu mało, chciał mieć kompletną strzelbę więc przyszedł za dziadkiem do domu po zamek. Doszło do szarpaniny, dziadek koniecznie chciał mu odebrać fuzję. Borowy był słusznego wzrostu, zawsze zwyciężał i miał przy sobie psa, który był tak wyuczony, że gryzł tego na spodzie. Dziadek niezbyt dużego wzrostu był słabszy ale bardzo zwinny i chociaż na początku dostał się na spód a pies zaczął go gryźć jakoś się wywinął i rolę się odwróciły pies zaczął gryźć swego pana. Fuzję dziadek odebrał i szedł do mieszkania a borowy wyjął rewolwer i strzelił mu w rękę w której trzymał strzelbę, kula ominęła kość, dziadek rozgrzany walką nie wypuścił fuzji z ręki, nie czuł bólu, nawet nie wiedział że został postrzelony choć krew lała się obficie. Zdarzenie trafiło do sądu, dziadek został oskarżony o kłusownictwo, jednak sąd go uniewinnił bo borowy nie miał świadków i nie dostarczył dowodu kłusowania, a za to że strzelił do dziadka z tyłu dostał trzy miesiące aresztu, zgodnie z prawem mógł strzelać ale od przodu z uprzedzeniem że będzie strzelał. Dziedzic do którego należał las nie mógł przeboleć tego, żeby mieć fuzję w rękach i pozwolić sobie ją odebrać, zamek nie był koniecznie sądowi potrzebny, borowy był za pewny siebie.
Mama wyszła za tatę w 1945 roku wkrótce po zakończeniu wojny, nie wiem czy dziadek odzyskał swoją flintę którą oddał Niemcom, wiem tylko, że po wojnie też miał jednorurkę i kłusował a razem z nim mój tata. Dziadek chorował na żołądek, mówili, że zaziębił sobie jak leżał na śniegu na czatach. Nie wiadomo co to była za choroba. Lekarze w owym czasie byli bezsilni. Dziadek był też u znachora, który przepisał mu jakieś lekarstwo, które miał pić i się nie przejmować tym, że z żołądka będą wypływać białe płaty. Widząc to Dziadek przestraszył się, że mu żołądek całkiem wypłynie i zaprzestał brać to lekarstwo, umarł w 1949 roku. Wiem, że jakiś czas fuzję miał tata, może to była dziadkowa. Za Stalina i naszej komuny rónież trzeba było zdać wszelką broń, tak jak za okupacji hitlerowskiej. Fuzji ojciec nie oddał, jakiś czas ją miał a co w końcu się z nią stało nie wiem do dziś. Polska została wyzwolona z okupacji hitlerowskiej przez Sowietów, i zaraz została przez nich zniewolona, z tym że tej niewoli nie odczuwano tak jak niemieckiej, fizycznie była mniej niewidzialna. W Polsce rząd dostawał wytyczne z Kremla. Sołdatów nie było widać. Siedzieli w bazach i tylko małe grupki na przepustkach były widoczne, ale tylko w miejscowościach gdzie mieli bazy. Wydawało się, że będą w Polsce wiecznie, jednak niespodziewanie w naszym kraju komuna upadła a potem to już było domino, cały blok komunistyczny prysł jak mydlana bańka.

***

Rozstajne drogi - w którą stronę iść, jaką wybrać drogę, jaki kierunek - oto jest pytanie. Jedna droga, która każdego w końcu czeka jest pewnie wytyczona i niezmienna.
Po śmierci mojej kochanej małżonki Zdzisi jestem jakby na rozstajach, nie wiem w którym iść kierunku, żyję samotnie w domu, w którym mieszkałem z dziećmi a później tylko z żoną do 8 listopada 2010 roku, prowadzę prawie że tryb życia pustelnika. Będąc sam w czterech ścianach, gdzie nie ma się do kogo odezwać, nachodzą mnie wspomnienia z przed lat i niejasne perspektywy na przyszłość. Nie wiem czy będę mieszkał tu, czy będę zdrowy, a może będę potrzebował opieki na starość, nie wiadomo jak się ukierunkować, wszystko to są mgliste przebłyski mojej świadomości co dalej. Ale póki co to jestem u siebie w Inowrocławiu i nie spieszno mi tu stąd odejść, tu są moje przyzwyczajenia, tu wrosłem jak drzewo. Może jednak przestanę zbyt dużo myśleć co będzie i napiszę jeszcze coś, jakieś wspomnienia z życia.
Myślę, że każdy człowiek, niezależnie czy ma rodzinę, żonę i dzieci, swój dom, zawsze wraca myślą do domu rodzinnego w którym się wychował i dojrzał do samodzielnego życia. Jest coś takiego w człowieku, że na widok domu rodzinnego i okolicy robi się raźniej na duszy. Pomimo, że moi rodzice już dawno nie żyją to zawsze z przyjemnością odwiedzam brata, który mieszka wraz ze swoją rodziną w miejscu gdzie żyli rodzice, którzy wychowali mnie i pięcioro mojego rodzeństwa. Mój dom rodzinny stoi blisko lasu a ziemia na której rodzice pracowali graniczyła z lasem, który obecnie rozrósł się bardzo i podchodzi prawie pod samo obejście domostwa. Dla mnie ten las to jakby część domu. W tym lesie dużo się działo i ja oraz każdy z mojego rodzeństwa na pewno ma jakieś wspomnienia, bardziej lub mniej emocjonalne.
Do lasu chodziłem na spacery, jagody i grzyby, często towarzyszyło mi rodzeństwo, czasami koledzy z sąsiedztwa. Do lasu chodziło się jak nie było pomysłu co robić w domu w wolnym czasie, w lesie zawsze coś ciekawego można było zobaczyć, jakieś nowe rośliny, jakieś szczególnie uformowane drzewo, a zimą podziwialiśmy ośnieżone sosny, świerki i krzewy. Sąsiadowanie z lasem było dobrodziejstwem i z niego od czasu do czasu korzystaliśmy nie narażając leśników na większe straty, oprócz przyjemności zbierania runa leśnego oraz dotleniających spacerów las dostarczał nam w szczególnych momentach drzewa na opał. Zdarzało się, że nie było latem czym napalić w kuchni by ugotować posiłek bo było mnóstwo innej pracy i zaopatrzenie w opał schodziło na dalszy plan, to sytuacje ratował las gdzie był chrust i inne drzewo nadające się na opał. Mnie i mojemu bratu chrustu raczej nie chciało się zbierać, woleliśmy przynieść grubsze, najlepiej z metra, było mniej roboty a starczyło na dłuższe palenie, jednak z tego powodu nasz tata miał nieraz przykre rozmowy z gajowym, ale wszystko kończyło się dobrze. Opał z lasu był brany jednak rzadko, można powiedzieć sporadycznie, w potrzebie chwili, mieliśmy przecież drzewa na łące, tylko nie zawsze w porę były wycięte by nadawały się na opał. W lesie od czasu do czasu wycinało się drągi na potrzeby w gospodarstwie jeśli były potrzebne a u nas akurat takich nie było. Można powiedzieć, że jako sąsiedzi od czasu do czasu coś tam skubnęliśmy z tego lasu.
Pamiętam takie zdarzenie, nasz tata naprawiał dach na stodole, wtedy dachy były słomiane lub trzcinowe, na naszym dachu była słoma i trzeba było założyć nową, to się nazywało dekowanie. Prosta słoma była rozkładana na łatach, na tą warstwę kładło się drągi i przywiązywało do łat, potem na te drągi drugą warstwę słomy prostej, która była przywiązana do tych drągów w taki sposób by nie było widać wiązadeł. Słoma na dachu była wyrównana, wyczesana, dach miał piękny wygląd, wody nie przepuścił. W tych czasach maszyny do młócenia zboża były dwóch rodzajów, na prostą oraz słoma przeznaczona z myślą o dachach i sieczce oraz targaną do ściółki lub jako karma w całości na sucho.
Wracając do tych drągów, tata dekował dach a ja z bratem Tadeuszem wycinaliśmy one drągi i znosiliśmy je pod stodołę. Powycinaliśmy wszystkie na naszej łące olchy, nadające się do dekowania a po resztę chodziliśmy do lasu tak długo aż ktoś do nas wystrzelił z dubeltówki. Weszliśmy sobie do lasu, z dala od domu, upatrzyliśmy wysoką smukłą sosnę, brat się rozglądał a ja toporkiem zamierzałem zrąbać to drzewo, nie wiem czy ostrze mojego toporka zagłębiło się w pniu tej sosny, w chwili zamachnięcia toporkiem usłyszałem wystrzał z broni myśliwskiej. Po usłyszeniu tego strzału daliśmy dyla zabierając ze sobą dowód przestępstwa, czyli toporek, a za nami rozległ się głos stój bo strzelam, nawet się nie obejrzeliśmy, uciekaliśmy co sił w nogach do końca lasu a potem w żyto, które rosło przy samym lesie i zajmowało duży obszar terenu, zmieniliśmy tylko kierunek ucieczki na odwrotny niż dom. Żyto było wtedy jeszcze zielone ale już bardzo duże i prawie nie było nas z niego widać. Zdyszani i przestraszeni wróciliśmy okrężną drogą do domu bez drągów ale cali i nikt za nami nie przyszedł, widać dobrze zmyliliśmy trop, lub gajowemu, bo nie na pewno to był gajowy, po prostu nie chciało się nas tropić, uznał że dostaliśmy nauczkę. Skąd wzieliśmy resztę drągów to dziś nie pamiętam, pamiętam tylko jak gnaliśmy przez te żyta niczym stado rogaczy.

***
Olesin Olesin i Gaj - Miejscowości Gaj i Olesin, dziś przyłączone administracyjnie do Synogaci, zostały wpisane w moje życie, ponieważ w Olesinie przez jakiś czas mieszkaliśmy, tzn. ja i moja siostra Teresa oraz rodzice. Na gospodarstwo które posiadał stryj Antoni mówiło się Gaj, było oddalone od Olesina około pół kilometra. O Olesinie trochę napisałem na początku opowiadania pamięć więc nie będę się za dużo rozpisywał. Mieszkaliśmy tam ale ile lat to nie wiem, wiem, że wyprowadziliśmy się do Synogaci jak miałem cztery lata. Z tego okresu niewiele pamiętam chociaż pozostały w pamięci obrazy jakby owiane tajemnicą. Pamiętam wędrówki na Gaj, podczas których byłem niesiony na barkach przez mojego tatę. Wszystko co widziałem po drodze wydawało mi się niezwykłe i takie pozostało w pamięci. Pamiętam nasze mieszkanie, izbę w której był duży piec murowany ale nie palono w nim. Obok tego pieca stała kuchnia blaszana, prostokątna, podwyższona na czterech nogach, na wierzchu blat z fajerami, rura do komina, pod paleniskiem popielnik, szybko się nagrzewała i dawała ciepło, ale też szybko stygła, mówiło się na nią koza. na niej gotowano i nią ogrzewano mieszkanie.
Wszystko co pamiętam to fragmenty zdarzeń, które zostały potwierdzone przez mamę jak również przez tatę. Natomiast Gaj to wielka legenda. Gaj to piękne gospodarstwo, bardzo duże, dawało pracę ludziom z całej okolicy. Właścicielami byli stryj Antoni i stryj Jan. Stryj Antoni, dziadek Józef i najmłodszy stryj Jan, w latach 20-tych wyjechali do Ameryki za chlebem jak się wtedy mówiło. Do Polski powrócili tylko dwaj bracia, a najmłodszy Jan mimo próśb został w Stanach osiedlił się w Chicago.
Rodzice dziadka Józefa Piekarskiego mieszkali na Gaju ale nie wiem w którym miejscu i ile mieli ziemi przed wyjazdem synów do Ameryki. Powróciwszy z Ameryki Antoni i Jan kupili, bądź dokupili ziemię, albo całe gospodarstwo, w każdym bądź razie nasz dziadek Józef mieszkał w Synogaci i miał sześć czy osiem hektarowe gospodarstwo. A cały Gaj po śmierci prapradziadków był własnością Antoniego i Jana, który swojej części nie obrabiał, ożenił się ale dzieci nie mieli.
Jeśli chodzi o Jana to jak już wspomniałem ożenił się i mieszkał Chicago. W 1939 roku, po kilkunastu latach przyjechał do Polski w odwiedziny, był może ze dwa miesiące lub trzy i musiał wracać do Stanów, dostał wezwanie, by jak najszybciej wracał bo wybuchnie wojna i nie będzie możliwości powrotu, więc spakował się i statkiem Batorym odpłynął, na oceanie zastała go wojna, zdołał jednak bezpiecznie dopłynąć do celu. Nigdy więcej już nie odwiedził rodziny w Polsce, po wojnie przysyłał paczki, z żywnością, czasami odzieżowe, lekarstwa, a i nawet trochę dolarów jak ktoś z rodziny napisał, że bardzo potrzebuje. Nie wiem kiedy umarł. Stryj Jan swoją część gospodarstwa zapisał dziadkowi Józefowi oraz mojej mamie i wujkowi Tadeuszowi, pewno nie miał bliższej rodziny do sukceji, albo taka była jego wola. Nie znam daty sporządzenia zapisu, być może że w 39 roku jak był z wizytą w Polsce.
Ziemia na Gaju jest bardzo piaszczysta i mało urodzajna ale przed wojną wszystko się rodziło, Antoni był najbogatszym gospodarzem w okolicy, podobno bogatszy od dziedzica w Wierzbinku. Ludzie lubili pracować u niego bo życie prowadził na wysokim poziomie i dobre jedzenie dawał swoim robotnikom. U niego był dobry chleb, masło, miód i dobre obiady. W gospodarstwie na stałe byli zatrudnieni parobkowie i pomoc w domu. Jednak rąk do pracy nigdy za dużo, więc Piekarscy z Synogaci często pomagali stryjowi z Gaju, może nawet mieli z tego korzyść, wiem, że mama i rodzeństwo mamy byli częstymi gośćmi na Gaju i to nie tylko w celach towarzyskich, również jako pomoc przy pracach. Muszę tu zaznaczyć, że stryj Antoni, który ożenił się z Władysławą (zd.Nadolska) nie miał również dzieci, więc towarzystwo od brata było im miłe.
Po śmierci stryja Antoniego Piekarscy z Synogaci częściej bywali na Gaju, mieli przecież połowę gospodarstwa. Stryj Antoni umarł w 1944 r a dziadek Józef 1949. Na Gaju została ciotka Władysława, i należną część spadku po mężu zapisała bratu Ludwikowi Nadolskiemu. Druga połowa przypadła dziadkowi a po śmierci dziadka jego część została prawnie rodzielona pomiędzy jego dzieci. Po wojnie gospodarstwo zostało podzielone na dwie części, jedną obrabiał brat mamy Antoni, który ożenił się Marianną Ponikierską a drugą Nadolscy. To gospodarzenie nie bardzo im wychodziło, wiązali koniec z końcem. Gospodarstwo popadło w ruinę, stodoła, budynki inwentarne, rozleciały się bo nikt ich nie remontował. Komuna rzucała kłody pod nogi nazywając właścicieli ziemskich powyżej 12 ha kułakami i obszarnikami, a polityka zmierzała do wykończenia rolników, bo w zamysłach były kołchozy które jednak okazały się w polskiej rzeczywistości niewypałem, ale co ludzi namarnowali to już się nie wróci.
Gaj to ziemie w większości piaszczyste i mało urodzajne i tylko wytrawny gospodarz potrafił z nich przy sprzyjających warunkach wydobyć dobre plony i wyjść na plus. Jest tam kilka stawów, nie wiem czy obecnie nie zarosły, w każdym razie kiedyś były ryby, nawet za moich młodych lat osobiście je tam łowiłem, więc nad tymi stawami i łąkami było trochę lepszej ziemi. Obecnie postępuje degradacja środowiska wywołana przez pobliską kopalnię odkrywkową węgla brunatnego i z tego powodu wyschły studnie i resztki wody w kanałach.
Bardzo lubiłem jak również moje rodzeństwo chodzić w odwiedziny na gaj, bawić się z kuzynami, zawsze to było coś nowego, innego niż w domu. Pomagałem również w różnych pracach w miarę swoich możliwości, pomagał również mój tata. Pamiętam kilka takich pomocy jakby sąsiedzkich, wspierających się przy uciążliwych pracach, wymagających więcej ludzi. Tak więc Gaj i Olesin i rodzina która tam mieszka jest mi bardzo bliska a do okolicy czuję sentyment.
Czasy się zmieniły, komuna odpuściła trochę i rolnikom zaczęło się lepiej powodzić. W końcu Nadolscy odkupili tę drugą część, należącą do Piekarskich, a wujek Antoni kupił sobie na Olesinie dom w którym my mieszkaliśmy jakiś czas, dom ten sam, tylko dostawiono przybudówkę przy wejściu, i nowy budynek gospodarczy, obok domu był kawałek ziemi i obecnie też jest. Od czasu do czasu odwiedzam Marysię, mieszka w tym domu sama, wujek Antoni umarł kilkanaście lat temu, umarł też ich syn Henryk. Są takie miejsca, do których chętnie się wraca i wspomina, do nich też właśnie należy Olesin i Gaj.

***
Wesołe życie staruszka - Jestem już w wieku do którego pasuje powyższy tytuł tego krótkiego opowiadania, a może raczej wpisu. Ktoś powiedział, że starość nie udała się Panu Bogu, ale zależy jak kto tę starość postrzega, jest to jednak zależne od wielu czynników, których nie będę wymieniał. Mając prawie 70 lat nie uważam się za staruszka, chociaż mam sporo problemów ze zdrowiem. Mimo różnych dolegliwości czuję się jeszcze dosyć dziarsko i oby tak dalej ale z tą wesołością to nie jest tak dobrze.
Po śmierci żony mieszkam sam, dzieci mieszkają daleko po za Inowrocławiem i aż tak często się nie widzimy, kontakt ze sobą mamy dzięki obecnej cywilizacji poprzez komórki i internet jednak to nie to samo co na żywo. Dziadkowie, rodzice, wujowie, ciocie poumierali, żyje tylko jeden wujek i dwie ciocie, teście też nie żyją, teraz przyszła kolej na umieranie z mojego pokolenia co już się zaczęło, trzech kuzynów już zmarło.
Umieranie umieraniem ale póki co trzeba godnie żyć i spokojnie dożyć kresu swego żywota, więc jak już wspomniałem jestem jakby samotny, chociaż nie do końca ale w Inowrocławiu tak jest. Próbuję jakoś tę samotność ograniczyć, odwiedzam kolegę, czasami pogada się z sąsiadami, chodzę z kijkami Nordik Walking, mamy tu taką grupę która dość regularnie spotyka się raz w tygodniu i wtedy w grupie idziemy około 10 km. Chodzenie z kijkami dobrze wpływa na zdrowie fizyczne i ogólne samopoczucie, w grupie zawsze raźniej, można sobie porozmawiać i nawiązać znajomości.
Mieszkam we własnościowym mieszkaniu w bloku spółdzielczym, wykupione zostało za symboliczną złotówkę i koszty związane z notariuszem i wpisem do księgi wieczystej. Ustawa o uwłaszczeniu spółdzielców powstała za rządów Jarosława Kaczyńskiego. Inni premierzy nie mieli politycznej woli by to przeprowadzić. Opozycja i zazdrośni ludzie byli przeciwko uwłaszczeniu, wyrokując rozpadnięcie spółdzielni i straszyli lokatorów jakimiś nieobliczalnym skutkami. Dziś już wiadomo, że nic się nie stało, spółdzielnie mieszkaniowe mają się nawet lepiej jak za komuny, a co ludzie mają własne mieszkania to mają i nikt im już nie odbierze a trzeba tu przypomnieć, że nic za darmo nie dostali, bo można było wykupić tylko wtedy gdy miało się spłacony kredyt w 100%-procentach. Dziś ludzie mogą się cieszyć, że mają własne mieszkania, nie jakąś tam własność spółdzielczą za którą spółdzielnia żądała jeszcze raz 50% wartości mieszkania, ale wyądrębnioną, niezależną od zarządu. Spółdzielnia tylko zarządza za zgodą mieszkańców, pobiera czynsz i różne opłaty na utrzymanie w dobrym stanie technicznym tych bloków oraz innych pomieszczeń, terenów i majątku należącego do spółdzielców.
bieszczady, powidz Utrzymanie mieszkania absorbuje dużo wolnego czasu. Trzeba zrobić sprzątanie, pranie, opłaty, gotowanie, mycie, co jakiś czas muszę iść do garażu umyć samochód, posprzątać, czasami trzeba jechać do warsztatu. Można by powiedzieć, że czasu wolnego mam mniej niż gdy żyła Zdzisia. W wolnym czasie ogladam telewizję, siedzę przy komputerze lub spaceruję albo jeżdżę rowerem. Najgorzej jest gdy w potrzebie chwili nie ma się do kogo odezwać. Samotność nie jest wesoła, są takie chwile, że rozmawiam sam ze sobą albo pokrzykuję by się wyładować, a już najgorzej jest gdy zachoruję, wpadam wtedy w niepotrzebną panikę i jestem bardziej chory niż rzeczywiście, dzwonię wtedy do córki i to mi pomaga. Latem co drugi albo co trzeci dzień jeżdżę na działkę R0D, pracując tam jednocześnie odpoczywam a zimą trzeba siedzieć w domu.
Mając mieszkanie nie można na dłuższy czas zostawiać je bez opieki, można wyjechać raz w roku na tydzień dwa i to jeszcze ustawić się tak by w terminie porobić opłaty, jednak od paru lat udaje mi się raz w roku wyjechać z córką na krótkie wczasy nad morze, lub w góry. Z synem udało mi się w tym roku popływać żaglówką po jeziorze powidzkim. Wszystko pięknie ale już nie tak jak kiedyś, brak drugiej osoby do której można by się w każdej chwili odezwać sprawia że czuję się samotny ale jakoś nie mam ochoty i odwagi na nową partnerkę, nie chcę sobie ani nikomu sprawiać kłopotów na starość.

***
Na grzyby - Późnym latem i jesienią jeżdżę do lasu na grzyby, lubię zbierać, jestem jak to się mówi grzybiarzem, ale zbieram tylko dla własnego spożycia, nie handluję. Jeżdżę do boru za Gniewkowo i tam mam miejsce gdzie zostawiam samochód bym mógł w miarę spokojnie zbierać grzyby nie myśląc o samochodzie. Ustawiam sobie punkt orientacyjny i zbieram. W przeszłości różnie bywało, zdarzyło się pobłądzić i szukać samochodu. Na grzyby najczęściej jeździłem sam, żona jechała ze mną jak miała wolne, tj. w sobotę, a poźniej gdy była na emeryturze, jeździliśmy oboje. Otóż jednego razu zostawiłem małego fiata w lesie na dukcie, który prowadził do szosy przy której są kwatery pomordowanych więźniów z obozu hitlerowskiego na Błoniach w Inowrocławiu, był to mój punkt rozpoznawczy. Grzyby wtedy były grzyby
i dobrze mi się zbierało, nazbierałem pełene wiaderko i postanowiłem wrócić do samochodu, wyszedłem na dukt a samochodu ani widu, poszedłem na drugi dukt to samo, ani śladu malucha. Spanikowałem ale się opamiętałem i doszedłem do szosy przy której są te kwatery, uszedłem kawałek i ujrzałem parking przed kwaterami, specjalnie przygotowany dla zwiedzających i w ten sposób odnalazłem dukt gdzie zostawiłem samochód. Ujrzawszy mojego malucha zaraz mi się zrobiło lekko na duszy. Okazało się że ja szukałem w przeciwnym kierunku, tak mi się pokręciło.
Nie zrezygnowałem jednak z dalszego zbierania, grzybów było wtedy bardzo dużo i okazję trzeba było wykorzystać. Postanowiłem zbierać ale już blisko samochodu by znowu nie zabłądzić, ale w tym miejscu było gęste podszycie lasu więc zbierałem w pozycji schylonej, wypatrując grzybów a że często się znajowały nie miałem czasu się rozglądać i jak napełniłem woreczek, znowu nie mogłem trafić do samochodu. Krążyłem w koło, blisko samochodu, w końcu znalazłem. Jeszcze raz poszedłem w las, bo jeszcze miałem mało, taki byłem chciwy, no to znowu nie mogłem trafić, wiedziałem że jestem blisko samochodu, zarośla były geste i nie było nic widać. Do trzech razy sztuka, za trzecim razem szukałem najkrócej a czwartego razu już nie było. Pazerność nie popłaca.
Później dorobiłem się fiata punto i nim do dziś jeżdżę na grzyby ale zostawiam go przy gospodarstwie, które jest usytuowane przy samym lesie. Tego fiata raz jeden szukałem półtora godziny. Wchodząc do lasu słońce świeciło, grzyby były, zbierałem, nie zwracałem uwagi na to gdzie jestem a jak się rozejrzałem nie miałem pojęcia w którym kierunku jest to gospodarstwo. Słońce znikło i trudno było ustalić kierunek świata. Spanikowałem, wszystkie dukty zrobiły się podobne jeden do drugiego, po jakimś czasie opamiętałem się, uspokoiłem i zacząłem iść w kierunku odgłosu samochodów, które poruszały się po szosie Inowrocław - Toruń. W końcu wyszedłem z tego lasu, dojrzałem szosę, wiedziałem gdzie jestem, byłem półtora kilometra od miejsca pozostawienia samochodu. Od tego czasu nie błądzę ale jak wchodzę w las to ustawiam sobie punkt orientacyjny. Ostatnio biorę kompas, mam też smartfona i mogę sobie ustawić lokalizację. Stwierdzam, że mam słabą orientację w terenie, i muszę więcej uważać. Nie zrezygnuję jednak ze zbierania grzybów, bo lubię zbierać i jeść. W tym roku jadłem je jeszcze w lutym. Miałem zamrożone i po odmrożeniu, usmażeniu, smakowały jakby były przyniesione prosto z lasu. Wchodząc do lasu należy myśleć i kontrolować co jakiś czas gdzie się jest, mając na uwadze drogę powrotną.

***
Działka - Moje życie było jakie było, nigdy nie narzekałem i nie narzekam, chociaż ostatnio parę powodów by się znalazło, bo zostałem sam, dzieci się wyprowadziły a małżonka odeszła na wieczny spoczynek. Samemu jest ciężko żyć ale cóż począć takie są wyroki boskie. Nie chcę więcej narzekać. Jakoś próbuję się przystosować do okoliczności a idzie już piąty rok jak żona zmarła.
działka Jak już wspomniałem zostałem sam i mam na głowie utrzymanie domu i mojego gospodarstwa, roboty jest sporo z tym domem, teraz dopiero tak naprawdę wiem co to znaczy praca w kuchni i w ogóle w domu, już samo przygotowanie posiłków zajmuje sporo czasu, a sprzątanie, pranie, mycie okien. Mam również działkę na ogrodzie ROD, którą od 1978 roku uprawialiśmy, na której wszyscy pracowali, wszyscy tzn. dzieci, żona i ja. Nadal ją uprawiam, ale nie dlatego że przynosi korzyść, bo raczej straty, ale dla zdrowia fizycznego i duchowego. Jak jestem w dołku to jadę na działkę i zapominam o moich dołkach. Muszę tu dodać, że obecnie działka bardzo się różni od tej z lat osiemdziesiątych, obecnie warzyw nie uprawia się tyle co kiedyś, minimalnie a niektórzy w ogóle nie uprawiają. Na działkach są trawniki, różne krzewy, iglaki, żywopłoty, trochę drzew owocowych i kwiaty. Ja mam wydzieloną część uprawową na zieloną pietruszkę, trochę marchwi, bazylii, ogórków, tyle co dla siebie. Jest palenisko na którym można rozpalić ogień do upieczenia kiełbasek, można też grillować. Mam piękną działkę i jak pomyślę, że już niedługo mogę na niej nie pracować to smunto robi mi się na duszy. Tak więc na działkę jadę z przyjemnością i ciekawością co tam urosło i jak wygląda, ale też często jadę z obowiązku bo jednak by ta działka ładnie wyglądała też trzeba trochę na niej popracować, zielsko usunąć z grządek, trawnik skosić, ziemię spulchnić. Wypoczynek poprzez pracę, ale i poleniuchować też można, jednak przeważnie chociaż trochę to coś jest zawsze do roboty, a to rzodkiewkę i inne warzywa wyrwać, umyć i przygotować do zabrania. Czasami myślę po co mi to dla mnie samego, skoro te warzywa urosną i nie mogę ich przejeść, jednak mam wewnętrzne opory by zrezygnować więc jeżdżę na działkę bo lubię a przy okazji warzywa lub owoce przywiązę do domu a i porozmawia się z sąsiadami jak akurat są na działce. Działkę, o której wspominam powyżej, kupiłem na ogrodzie "POD" Polskie Ogródy Działkowe, który powstał zaraz po zakończeniu wojny z Hitlerem. Za czasów komuny ogrody działkowe miały nazwę "POD" a po wyzwoleniu spod wpływu ruskich przmianowano na "ROD" Rodzinne Ogrody Działkowe.
Na działce były bardzo stare, wielkie, drzewa owocowe, które musiałem wyciąć by coś mogło urosnąć, oczywiście posadziłem nowe. Nie było żadnego ogrodzenia ani siatki od strony głównej alei. Altana była drewniana, wyglądem przypominająca jakby turecki namiot, służyła wyłącznie do schowania narzędzi i schronienia przed deszczem. Było więc dużo do zrobienia i najpierw założyłem płotek z siatki drucianej od alei. Po roku użytkowania postanowiłem pobudować nową murowaną altanę.
altana Altanę wybudował fachowiec, mój teść, ale ogrom pracy spoczął na naszych barkach, ściągnięcie materiałów budowlanych, przygotowanie frontu robót w taki sposób by murarz tylko murował nie marnował czasu na inne prace. Zrobiliśmy sami fudamenty, obydwa stropy, a teść resztę. Przy fudamentach i stropach pracowały dzieci i żona, co kto ile mógł zrobić stosownie do swoich sił. Ania była najmniejsza ale kamienie nosiła i wrzucała do cementu, każdy miał zajęcie, Ilonka była starsza od Ani o trzy lata a Wojtek o sześć lat. Pobudowaliśmy altanę niedużą ale podpiwniczoną z tarasem.
Za czasów komuny, kiedy dzieci były w domu działka była uprawiana w celach konsumpcyjnych, zasilała budżet domowy, latem nie kupowaliśmy warzyw i owoców bo były swoje, ziemniaki młode też z działki. Ja dostarczałem owoce i warzywa do domu a żona robiła kompoty i dżemy na zimę, zaprawiała ogórki, gotowała przecier pomidorowy, i inne przetwory. Wszystkiego zaprawiała bardzo dużo i przez rok wszystko zjedliśmy. Każdy skrawek ziemi był uprawiony i wykorzystany, później, jak dzieci dorosły i poszły sobie w świat już nie było zapotrzebowania na dużą ilość warzyw, nie miał kto jeść a czasy się zmieniły. W nowym ustroju prawie wszyscy zmodernizowali swoje działki z konsupcyjnych na rekreacyjne i już nie zasilają budżetów domowych tylko trzeba do nich dopłacać. Obecnie tylko część działki jest przeznaczona na warzywa i kwiaty ale za to na na jesieni mam mało kopania. Kopanie to ciężka praca i był okres, że całą działkę kopałem przez kilka dni, czasami trochę pomagała mi żona, później pomagał mi syn. Zawsze kopię na zimę, wiosenne kopanie jest nie odpowiednie.
Tak więc podsumowując - na działce duży wkład pracy wkładała cała moja rodzina. Obecnie jestem sam, działkę zmodernizowałem tak by mieć jak najmniej pracy ale wbrew pozorom na działce zawszwe jest coś do zrobienia.

***
Wueska - Po latach cofam się myślą wstecz, do czasów kiedy byłem młody ale już żonaty i mieszkaliśmy z żoną we wsi Zaryń, gdzie moja żona była nauczycielką w szkole podstawowej. Wiadomo wieś, nie ma autobusów, wszędzie daleko, a że prawo jazdy kategorii A miałem więc kupiłem sobie motocykl marki WSK 125 cm³, dwuramówkę, była mniej wywrotna niż nowsze typy z jedną ramą. Jeździliśmy tym motorem ze Zdzisią wszędzie, do rodziców, na zakupy do miasta. Motorem jeździłem do gminy, do geesu, na pocztę itp. Słowem najbardziej użyteczny i dostępny środek lokomocji na owe czasy, byle tylko paliwo było w baku.
wsk Jazda motorem była dobra ale tylko przy dobrej pogodzie, przyjemnie się jechało latem jak było ciepło i nie padał deszcz, a zimą, w czasie mrozu i śniegu to już nie za bardzo, ale jak trzeba było to się jechało. Pogoda jednak nie zawsze była przewidywalna i niejednokrotnie zaskakiwała niemile podczas jazdy. Najpierw jeździłem z żoną a później jak się urodził syn to w trójkę, synek w środku. Do swoich rodziców miałem około czterech kilometrów, można było iść piechotą ale jak był motor to się jechało, gdy syn miał rok i jakieś półtora miesiąca, żona wyjechała na kurs pedagogiczny a ja zostałem z małym w domu. Już teraz nie pamiętam czy na ten czas miałem urlop, czy też chodziłem do pracy w każdym razie kombinowałem jak by się dostać do rodziców na Synogać, z wózkiem na pieszo nie bardzo mi się widziało, wyciągnąłem więc motor, posadziłem chłopca na siedzeniu przed sobą, odpaliłem silnik i spróbowałem jak to będzie. Wojtuś mający troszkę więcej niż rok oparł się rączkami o bak, ja go miałem pomiędzy rękami i jechaliśmy pomalutku, pod koniec jazdy Wojtuś już próbował złapać za kierownicę i kierować. Rodzice jak zobaczyli to trochę marudzili na mnie, bo jednak to było trochę niebezpieczne dla dziecka, jednak nic się nie stało i zanim Zdzisia wróciła z tego szkolenia kilka razy zawiozłem wnuka dziadkom. Później urodziła się córka to jeździliśmy motorem w czworo, Wojtek prze de mną, za mną Ilonka a na końcu żona, tak jeździliśmy wszędzie, a do dziadków w Bronisławiu było przeszło 60 kilometrów i nikt nas nie zatrzymał, nie wiem czy takie miałem szczęście, fakt, że to były inne czasy, nie było tyle kontroli i przepisy były łagodniejsze. W piątkę nie jeździliśmy, Ania urodziła się nie cały rok przed wyprowadzką do Inowrocławia, motor sprzedałem bo nie miałem go gdzie trzymać. Kupiłem więc motorower Romet, jednak szybko go sprzedałem bo był jednoosobowy i kupiłem Ogara, na którego mogłem zabrać trzy osoby. Było to wbrew przepisom ale wtedy jakoś się udawało. ogar Ogara trzymałem w bloku, w piwnicy, było to niebezpieczne ale nikt nie protestował i nic się nie stało. Wyprowadzanie z piwnicy było ciężkie, miałem uszykowaną specjalna deskę, po której pchałem motor do góry, na dół szło lekko. W końcu już mi było za ciężko, odczuwałem bóle w kręgosłupie, więc zrobiłem sobie prawko kategorii "B" a zmotywowały mnie do tego dzieci. Syn i córka mieli prawo jazdy, więc nie chciałem być gorszy. Mając prawko na samochód kupiłem sobie najpierw małego fiata a potem fiata punto, którym jeżdżę do dziś i stwierdzam, nie ma jak to samochód na głowę nie pada deszcz, w oczy się nie wieje wiatr, szkoda tylko że nie ma klimy, jest szyberdach ale to nie to samo.

***
Powojenny - Urodziłem się w nie cały rok po drugiej wojnie światowej. Polska dostała się w 1945 roku pod wpływy ZSRR, wyzwolili nas i zaraz zabrali. Przywieźli nam, abyśmy wiedzieli jak zarządzać, rząd na czołgach i wszelkiego rodzaju instruktorów politruków, dowódców, doradców wojskowych i wszelkiego rodzaju gnębicieli, którzy niejednokrotnie nie mieli ukończone siedmiu klas szkoły podstawowej. Inna rzecz, że wkrótce pokończyli i nawet matury porobili. Wtedy do niektórych ludzi był zastosowany inny, łatwy sposób zdobycia dyplomu. W tamtych czasach mówiło się nie matura lecz chęć szczera zrobią z ciebie oficera Po wojnie kto miał skończone siedem klas szkoły podstawowej był wykształcony a matura to już jak dziś wyższe.
Ministrem obrony narodowej został Konstanty Rokossowski ur. 21 grudnia 1896 w Warszawie, zm. 3 sierpnia 1968 w Moskwie - żołnierz polski i radziecki dowódca, marszałek Polski i marszałek Związku Radzieckiego. Polakom wmawiano, że to rodowity Polak, syn brukarza, kolejarza, kamieniarza itp. Dziwne ale jakoś nasza polska propaganda nie mogła się zdecydować czyim synem był. Taki miał bogaty życiorys. Co z tego że urodzony w Warszawie, przecież wtedy Warszawa była miastem rosyjskim, Polski nie było wtedy, no ale jak się urodził na naszych terenach to można było go podciągnąć pod Polaka i wmówić że to rodowity Polak.
Dali nam kadrę do rządzenia bo uważali że u nas jej nie ma, można powiedzieć, nie było bo ją wymordowali. Prawie cała polska elita, ludzie wykształceni, patrioci zostali wymordowani, mordował Hitler ale prawdziwej czystki dokonał Stalin, mordując lub wywożąc na Sybir, gdzie większość zmarła. Ci którym udało się jakoś przetrwać zostali dopadnięci w PRL przez UB. Stalinowcy siepacze wymordowali w latach 1950 - 1952 oficerów przedwojennych, którzy chcieli ułożyć sobie życie w kraju, służyli w ludowym wojsku polskim pomagając odbudować marynarkę wojenną, czy inne służby, w nagrodę dostali wyroki śmierci i zgładzeni, zostali uznani niewygodnymi dla systemu. Zaraz po wojnie utworzył się polski ruch oporu, Armia Krajowa i inne ugrupowania zbrojne, które walczyły o wolną Polskę, by nie była zależna od kraju rad. Ten zbrojny ruch oporu nazywany był bandami i nasz suwerenny, ludowy rząd, z pomocą przyjaciół ze wschodu szybko się z nimi rozprawił. Polska po wojnie tak się zrobiła mała, mimo odzyskanych ziem na zachodzie, że brakowało miejsca dla więzionych i musieli ich wywozić do Rosji a tam to już czekała kulka albo Sybir. Ruskie pomagali odbudować Polskę ze zniszczeń wojennych ale tu trzeba zaznaczyć, że najpierw ją kompletnie zrabowali. Trzeba też dopowiedzieć, że zabrali Polsce ziemie za Bugiem, które nigdy ich nie były. oficjalna propaganda głosiła, że bracia radzieccy pomagają Polsce. Przy okazji tej pomocy niektóre polskie miasta dostały radzieckie nazwy, nie rosyjskie, te były inne. Dużo nazw miast zostało zmienionych na Śląsku, np. Katowice nazwali Stalinogrodem. Szeregach UB było bardzo dużo Żydów, którzy byli na wysokich stanowiskach i osądzali bardzo surowo ludzi których uznali za niewygodnych dla władzy ludowej.
W 1956 roku w Polsce wybuchły rozruchy i by sytuacja nie wymknęła się spod kontroli Rosjanie zarządzili zmianę rządu w Warszawie na rząd bardziej demokratyczny. Na czele partii stanął Wiesław Gomółka. Rokossowski i tacy Polacy jak on musieli opuścić Polskę. Po tym przewrocie Urząd Bezpieczeństwa został rozwiązany. Stalinowcy musieli usunąć się w cień, przestali przyznawać się do swojej przeszłości. Więźniowie polityczni zostali oczyszczeni z zarzutów i wypuszczeni na wolność, nastąpiła rehabilitacja pomordowanych polskich oficerów i działaczy politycznych, nie mylić z Katyniem, tu długo jeszcze było zakłamywanie i jest do dziś, chociaż się przyznali do zbrodni to nadal usiłują się manipulować faktami. Miastom przywrócono polskie nazwy.
Ludzie zaczęli czuć się bardziej swobodnie, nie było już stalinowskich kapusiów, jak i Stalina a ci co zostali, to nie przyznawali się że byli w UB. W miejsce UB zostało utworzone SB.

Aleksander Irena Ryszard

Polska jakoś musiała się dźwigać ze zniszczeń wojennych. Prości ludzie może nawet specjalnie nie odczuwali tego braku samostanowienia o sobie. Pracował mój ojciec, pracowałem ja i wszyscy ludzie w tym czasie. Jednak co jakiś czas były zrywy nieposłuszeństwa aż w końcu komuna upadła najpierw w Polsce i można powiedzieć dzięki nam, komuna upadła w Europie a ZSRR rozpadł się i jest teraz Rosja, która obecnie ma zapędy wielkomocarstwowe i znowu sąsiednie kraje zaczynają czuć się zagrożone. Wszyscy w tamtych czasach pracowaliśmy w pocie czoła od poniedziałku do niedzieli, często po godzinach i również w niedzielę i zamiast Polska się bogacić to z roku na rok większa była bieda. W sklepach były puste półki. Rolnicy obrobili każdy kawałek ziemi, plony były dość wysokie a żywności brakowało. Dzisiaj dużo ziemi leży odłogiem a żywności jest w nadmiarze. Wszyscy pracowaliśmy, urabialiśmy się po łokcie i co i nic, ale robota była a dziś jej brakuje, ale kto jest operatywny i ją ma to jako tako żyje na bardziej cywilizowanym etapie niż wtedy. Komuna dużo gadała, w propagandzie była dobra, zachęcała do roboty poprzez różne odznaczenia przy których nie koniecznie musiały być pieniądze. Jak dawali to się brało bo nie przyjąć, znaczyło inaczej myślący, niewygodny. Ja pracowałem na PKP, dostałem dwie odznaki, żona dostała złotą odznakę i medal za zasługi dla spółdzielczości bankowej. Ojciec pracując na gospodarstwie rolnym też dostał Złoty Krzyż Zasługi, nadała Rada Państwa, której przewodniczącym był Henryk Jabłoński. Ojciec zasłużył na niego swoją pracą dla Polski nie dla komuny. Nigdy nie popierał tego ustroju. Ojciec przekazał nam dużo prawdziwej historii z tamtych czasów, bo szkole część historii była zakłamana, niektóre istotne wydarzenia były pomijane by nie narazić się Sowietom.

***
Migracja - Mam już prawie 71 lat, w ciągu swego życia mieszkałem w kilku różnych miejscach, nie licząc domu rodzinnego. Dom rodzinny jest zawsze jeden i z wielką ochotą go odwiedzam, może on już nie wygląda jak kiedyś, jeśli chodzi o samą budowlę, bo czas robi swoje ale dom to nie tylko martwa budowla, to coś więcej do czego się wraca. Dom to rodzina ale kiedyś trzeba go opuścić by założyć swoją rodzinę, nie koniecznie muszą to robić wszyscy, ktoś powinien zostać z rodzicami, by na starość nie musieli żyć w samotności. Tak więc dom rodzinny opuściłem mając skończone 18 lat. Zacząłem pracować i się usamodzielniłem. Pierwsza moja praca to melioracja a następna to PKP na Śląsku a potem powołali mnie do wojska. Służyłem w Marynarce Wojennej, w Ustce na unitarnym a resztę w Gdyni na Obłużu. Po wyjściu z wojska wkrótce się ożeniłem i założyłem własny dom. Mieszkaliśmy w sąsiednich miejscowościach: szkoła

Szkoła w Zaryniu

w Zaryniu, w Zielonce około 3 lat i znowu w Zaryniu, łącznie prawie siedem lat. Moja żona była nauczycielką, a w Zielonce była dyrektorką 4-klasówki ale po zlikwidowaniu tej szkoły z powodu braku uczniów z powrotem wróciła na stanowisko zwykłego nauczyciela. W owych czasach budowano w Polsce "Pomniki Tysiąclecia", tysiąc szkół na tysiąclecie Polski i w takiej szkole w Zaryniu uczyła żona. Szkoła była nowa i obok pobudowany ładny dom nauczyciela. My mieszkaliśmy w starym budynku szkolnym, parterowym po byłej starej szkole. W tym budynku mieszkały jeszcze dwie rodziny, reszta nauczycieli mieszkała w nowym, ładnym, podpiwniczonym domu nauczycielskim, gdzie była bieżąca woda i toaleta.

                       Stacja kolejowa w Zaryniu
stacja stacja
My mieliśmy jeden duży pokój, kuchenkę i przedsionek, nie było bieżącej wody i kanalizacji. Po wodę i do toalety chodziło się jakieś 50 metrów do nowej szkoły. Były więc problemy z myciem i praniem. Poza tym żyło nam się niezgorzej, było blisko do sklepu spożywczego, i stacja kolejowa była prawie przy szkole, więc był to wielki plus, bo dojeżdżałem do pracy na PKP w Inowrocławiu.

 

W styczniu 1977 roku przeprowadziliśmy się do Inowrocławia. Po sześciu latach oczekiwania dostaliśmy wreszcie z Kujawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej lokatorskie mieszkanie m-5 o powierzchni 57,56 m2 , były w nim cztery pokoje i kuchnia, łazienka, wc, przedpokój, jednak wszystko, nieustawne klitki, jedynie piwnica była dość duża, ale wtedy bardzo nam się podobały te wszystkie klitki, z czasem zaczęliśmy marudzić. W tym inowrocławskim mieszkaniu, które potem wykupiliśmy jako własność odrębna, mieszkaliśmy razem z żoną do 2010, w listopadzie 2010 roku żona umarła, zostałem sam.

  skwer

 
Piękny skwer na osiedlu Piastowskim III w Inowrocławiu, było gdzie pospacerować, posiedzieć i gazetę poczytać a wszystko to było widać z okna. Wystarczyło wyjść z z bloku, parę kroków i już byłosię w parku. Korzystałem szczególnie w lecie wieczorem po upalnym dniu.
W 2016 roku w maju sprzedałem mieszkanie w Inowrocławiu i kupiłem w Bydgoszczy w pobliżu córki Ilony

 

Pod koniec kwietnia zaskoczyłem sam siebie, umieściłem ogłoszenie w internecie że chcę sprzedać mieszkanie. Wszystkie sprawy zostały szybko załatwione i trzeciego czerwca zdałem klucze, warunkiem kupna było zapewnienie że do 03.06.2016 opuszczę swoje mieszkanie, co również zapisane zostało przez notariusza w akcie notarialnym. Przystałem na te warunki chociaż nie miałem pojęcia jak szybko uda mi się znaleźć nowe w Bydgoszczy w Fordonie, bo tylko Fordon mi odpowiadał, chciałem znaleźć mieszkanie blisko Ilonki. Znalazłem ale było do remontu, Szóstego czerwca nastąpiło rozpoczęcie robót. Miałem termin na opuszczenie mieszkania w Inowrocławiu do trzeciego czerwca. Wywiozłem wszystkie graty na nowe mieszkanie trzydziestego maja. Do jednego pokoju meble a kartony do piwnicy. W jednym pomieszczeniu stały meble a reszta była remontowana, później było przenoszenie do drugiego pokoju. Wyremontowałem, ale mnie to sporo kosztowało. Jeszcze około 20 kwietnia jak by mi ktoś powiedział, że sprzedam mieszkanie to bym go wyśmiał, wpływ na tę decyzję miała moja krótka, aczkolwiek ciężka choroba i brak rodziny mieszkającej blisko mnie. Po trzech dniach od ogłoszenia miałem kupca.
Przeprowadzka to jednak straszna rzecz, kto się nigdy nie przeprowadzał to nie będzie wiedział ile to załatwiań, termedii, wysiłku, stresu. Najpierw dałem ogłoszenie sprzedaży działki na ogrodzie ROD i w tym momencie nie miałem jeszcze myśli o sprzedaży mieszkania. Potencjalni kupcy dzwonili, pytali o cenę i na tym koniec, nie było chętnych za te pieniądze. W końcu zdecydowałem, że sprzedam mieszkanie i tu poszło gładko a działkę sprzedałem razem z mieszkaniem. Nabywca mieszkania najpierw pojechał obejrzeć działkę która bardzo mu się spodobała. Spisaliśmy umowę wstępną i ruszyła lawina załatwiań, począwszy od notariusza i w innych urzędach. W Inowrocławiu sobie radziłem, bo miasto znam, gorzej w Bydgoszczy, większość spraw do załatwienia było w centrum miasta. Tam jest urząd miejski w którym musiałem zgłosić prawo jazdy do wymiany, Enea i PGNiG gdzie musiałem jechać dwa razy. Musiałem wymienić dowód rejestracyjny ale to już w Fordonie, niektóre sprawy można było załatwić na osiedlu. Notariusz też w centrum był tak samo zarząd Spółdzielni Mieszkaniowej Nad Wisłą. Trzeba było udać się do PZU i ZUS-u. Przez dwa tygodnie jeździliśmy co drugi, trzeci dzień. Woziła mnie córka jak miała wolne od pracy, bo ja nie zmam Bydgoszczy a tu problem jest z zaparkowaniem, jak ktoś Bydgoszcz zna to sobie radzi. Przez okrągły tydzień pakowałem wszystko do kartonów. Cześć rzeczy, wywiozłem swoim samochodem w bagażniku ale jednak trzeba było zamówić samochód do przewozu mebli, przyjechał z Bydgoszczy, podjechał pod samą klatkę schodową i zaczęło się znoszenie, które było przerywane kilka razy przez burze z ulewnymi deszczami. A na koniec jak wyjeżdżali, nie wzięli pod uwagę roztopów, wjechali nie tam gdzie powinni i zakopali się. Myślałem że już tam zostaną na noc, jednak przy pomocy sąsiada udało im się jakoś wyjechać ale zmitrężyli około godziny. Bardzo byłem zdenerwowany, zresztą oni też.

wisła wieczorem Mimo wszystko na Okulickiego w Fordonie dojechali i rozładowali, trwało to osiem godzin a zapłaciłem przeszło 800 złotych. Potem zaczął się remont, kupowanie paneli, kafelków i innych rzeczy jakie muszą być w domu zainstalowane, a remont był gruntowny i trwał przeszło półtora miesiąca.
Mieszkanie jest ładne, niewiele mniejsze niż w Inowrocławiu, bo około 4 m2 ale ma tylko dwa dwa pokoje dość duże i piękną kuchnię, wc i łazienka osobno, duży przedpokój, ciekawie rozstawione. Blok przy ulicy Okulickiego, widok z jednej strony na pola w kierunku Wisły, chociaż samej rzeki nie widać bo jest zastawiona drzewami które tam rosną prawie do samego wału po którym jeździ się rowerami lub spaceruje. Przed wałem są ogrody działkowe i inne tereny nieuprawne porośnięte drzewami i krzewami, są w nich wydeptane i wyjeżdżone ścieżki. Osiedle Fordon jest jednym z ładniejszych osiedli Bydgoszczy, dzieli się, można powiedzieć, na stary i nowy Fordon. Stary Fordon, blisko Wisły, to rynek i okolice przylegające, gdzie można spotkać budowle w starym stylu. Na rynku jest kościół pod wezwaniem św. Mikołaja, którego początki sięgają XV wieku a kawałek po za rynkiem jest kościół św. Jana Apostoła i Ewagelisty, który został zbudowany w latach 1872 - 1892 przez Niemców wyznania ewangelickiego. W 1945 roku po II wojnie światowej, przegranej przez Niemców, komuna do roku 1980-tego w kościele miała magazyn zboża. W 1980 roku świątynię zwrócono kościołowi w której modlą się katolicy.
fordon
Po drugiej wojnie światowej nastąpił rozwój Fordou powstały nowe dzielnice w Fordonie, zbudowane z wielkiej płyty jak również domy wolno stojące z ogródkami, mniej lub bardziej bogato i pięknie wyglądające. Wszystko to jest poprzecinane laskami, przeważnie sosnowymi, dołączyć do tego Wisłę i tereny przyległe oraz "Dolinę Śmierci" skąd po wejściu na wzgórze jest bardzo piękny widok na cały Fordon, można stwierdzić że Fordon to bardzo duża i piękna dzielnica Bydgoszczy. Na zdjęciu widok ze wschodniego brzegu wisły na Stary Fordon, gdzie nad rzeką widać już nowe budowle a w tle widać też wieże dwóch kościołów. Wieża czerwona z prawej strony zdjęcia to mój kościół parafialny do którego na pieszo mam około 15 minut drogi wolnym krokiem.    Zdjęcia w pobliżu mojego osiedla  - Zobacz   »   Wisła i okolica

Od połowy sierpnia ubiegłego roku mieszkam w nowym, wyremontowanym mieszkaniu. Mój kontakt z ludźmi jest okazjonalny, mówię dzień dobry sąsiadom i czasami trochę porozmawiamy. Wychodzę do miasta i tu czasami zdarza mi się porozmawiać z ludźmi zupełnie nieznanymi, po za tym mam blisko do córki Ilonki i jak najdzie mnie ochota to w każdej chwili mogę do niej iść. Pierwszą wigilię na nowym miejscu zrobiliśmy u mnie. Przyjechał syn Wojciech z żoną Agnieszką i synem Tymoteuszem i Ilonka z mężem Wojciechem i synami Radkiem i Krzysiem. Córka Ania z synem Ignacym świętowała w Szkocji bo tam obecnie mieszka. Łączyła się z nami duchowo. Dzielenie się opłatkiem i kolacja wigilijna, były dość wcześnie, bo Ilonka musiała jechać na godzinę 19-tą do pracy. Były życzenia, prezenty od mikołaja, było przyjemnie. Późniejszym wieczorem Wojciech z rodziną pojechał do Torunia na drugą wigilię, do mamy Agnieszki. Pozostała część gości, gościła u mnie do końca Wigilii, a potem poszliśmy na Pasterkę. Po skończonej pasterce rozeszliśmy się, każdy do swojego domu. W pierwsze święto wziąłem szczoteczkę do zębów i poszedłem na Osiedlową by dalej świętować u rodziny córki. Można powiedzieć, że całe święta Bożego Narodzenia spędziłem z rodziną. Jeszcze jest święto Trzech Króli i na razie nie wiem jeszcze jak będę świętował, na pewno pójdę do kościoła. Tradycyjnie choinkę rozbieram po Trzech Królach w zasadzie po kolędzie.

mój blok
 
Moje nowe mieszkanie znajduje się w tym bloku.
Mieszkanie jest dwupokojowe z kuchnią, łazienką, wc, dużym przedpokojem i piwnicą, również w bloku spółdzielczym, nie wiele mniejsze od tego w Inowrocławiu, jest bardziej funkcjonalne. Są dwa pokoje, jeden 18 m2 a drugi trochę mniejszy ale największym plusem dla tego mieszkania jest bardzo ustawna, dość duża kuchnia i duży przedpokój, w którym zamontowałem szafę typu "Komandor". Dla mnie jednego w zupełności wystarcza i jest jeszcze miejsce dla gościa, nie musi iść na noc do hotelu.

 

 

blokBlok w którym mieszkam jest zbudowany na styku ulic Gen L. Okulickiego i Marszałka Piłsudskego przy pentli autobusowej komunikacji miejskiej. Z okna kuchni widzę jak podjeżdżają. Po wyjściu z bloku do przystanku jest trochę więcej niż minutę a może nie. Stąd można dojechać do śródmieścia i różnych punktów miasta oraz do pobliskiej lini tramwajowej a dalej tramwajem bez przesiadki do samego głównego dworca. Nowa linia, pobudowana stosunkowo niedawno, przy pomocy środków unijnych, łączy Fordon z Bydgoszczą.
Na zdjęciu widać dwa bloki ( w tym od prawej mieszkam )i szosę po której jeżdżą te autobusy. W Bydgoszczy komunikacja miejska jest dość dobrze zorganizowana, są dogodne połączenia, Z tego miejsca można dojechać we wszystkich kierunkach. Latem i jesienią, jak jest dobra pogoda i nie za daleko, jeżdżę rowerem a jak jest zimno to siadam w autobus, takie mam tu luksusy. Późną jesienią i zimą jeżdżę do Ilonki autobusem a na pieszo mam iść 15 minut, więc można powiedzieć, że staram się korzystać z tych, darmowych, środków lokomocji. Jeżdżę też własnym samochodem ale bardzo mało, więcej stoi w garażu za który trzeba co miesiąc płacić 105 zł. Trzymanie samochodu okazało się bardzo nieekonomiczne więc się go pozbyłem.

***
punto Moje Punto - jest takie powiedzenie, że posiadanie samochodu dowartościowuje jego właściciela, jest w tym sporo prawdy. Miałem samochód Fiata Punto 1.1 jeździłem nim prawie 19 lat. Po 25 latach od daty produkcji samochód wizualnie i w osiągach był w bardzo dobrym stanie, jednak zaczął mi coraz częściej sprawiać różne niespodzianki, tak że w końcu straciłem do niego zaufanie i pozbyłem się kłopotu. Po przeprowadzce do Bydgoszczy z punktu widzenia ekonomicznego użytkowanie tego samochodu straciło sens bo wszędzie w mieście mogę dojechać autobusem i tramwajem za darmo i nie ponoszę kosztów utrzymania samochodu, które przywyższały już jego wartość i jeszcze nie było pewności że się dojedzie do celu, bo to jednak 25 lat użytkowania. Trochę gorzej z dojazdem w niektóre miejsca po za Bydgoszczą, np. w rodzinne strony, nie jestem jeszcze zorientowany jak autobusy kursują, na pewno podróż będzie trwała dłużej. Wkrótce nadaża się okazja by wyjechać na wieś, więc okaże się jak to będzie z tą jazdą. Jadąc swoim samochodem byłem niezależny od czasu, wsiadałem w samochód i jechałem. Środki komunikacji publicznej mają swój rozkład jazdy i tu jest kłopot. Ostatni raz autobusem komunikacji poza miejskiej jechałem około 27 lat temu i trochę trudno będzie się przestawić ale mam nadzieję że jakoś to będzie.

***
        Zaryń - widok w kierunku dworca
Zaryń Po latach w Zaryniu
Byłem w Zaryniu i stwierdzam że po 42 latach Zaryń zmienił się bardzo, jedynie sama stacja kolejowa podupadła. Na stacji nie zatrzymuje się ani jeden pociąg osobowy a budynek dworcowy wygląda bardzo źle, wymaga odnowy. Jeśli chodzi o wieś to bardzo się zmieniła na lepsze. Prawie wszystkie gospodarstwa odbudowane, porządek i estetyka. Polna droga we wsi została zamieniona na asfaltową, a przy szosie od zakrętu w stronę dworca powstało osiedle domów wolno stojących. Kiedy my w Zaryniu mieszkaliśmy był tam jeden dom po lewej stronie a po prawej sklep, szkoła, Pomnik Tysiąclecia, dom nauczyciela, stara szkoła, świetlica i dom wiejski.
W budynku starej szkoły mieszkało trzech nauczycieli.
Byłem na przyjęciu komunijnym w świetlicy w Zaryniu i przy okazji postanowiłem trochę się przejść, popatrzeć na najbliższą okolicę i zrobić kilka zdjęć. Zrobiłem też zdjęcia z sobotniego spaceru w synogackim lesie.
Link do albumów   »   Byłem w Zaryniu  |   Spacer po lesie w Synogaci

 

Góra        


Horoskop  - jestem spod znaku ryb. Ryby są znakiem twórczym, z wyczuciem piękna, obdarzonym sporymi umiejętnościami manualnymi. Pod tym znakiem urodzili się: Michał Anioł, Sandro Boticelli, pisarze Victor Hugo, Jarosław Iwaszkiewicz, Zygmunt Krasiński i Ryszard Kapuściński oraz kompozytorzy, Fryderyk Chopin, Antonio Vivaldi i fizyk Albert Einstein. Ludzi spod znaku ryb cechuje między innymi łagodność, wrażliwość i uczynność. Na koniec dodam, że nie traktuję horoskopu poważnie lecz jako pewnego rodzaju zabawę.